Partnerska i wspólna Polska - idea na kolejne 100 lat Niepodległej
Poniżej tekst, który otrzymałem w przededniu wielkiego Narodowego Jubileuszu.
To przesłanie, które w tym wyjątkowym czasie kieruje do Rodaków dr Jan Szomburg, prezes Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową, inicjator Kongresu Obywatelskiego.
Polecam go Państwu serdecznie! Jest w pewnym sensie odpowiedzią na pytanie, jakie zawarłem w tytule jednego z blogowych artykułów. Brzmiał on "Polska Anno Domini 2018 - o co chodzi?".
Jeszcze uwaga: o Kongresie Obywatelskim przywoływanym przez autora, pisałem na tym blogu kilkakrotnie. Dorobek tego obywatelskiego think-tanku jest bogaty. Można się o tym przekonać tu -> www.kongresobywatelski.pl
Życzę miłej lektury.
I poważnej, głębokiej refleksji, na jaką artykuł Jana Szomburga bez wątpienia zasługuje.
Jacek Jakubiec
------------------------------------------------------------------------------------------
Partnerska i wspólna Polska - idea na kolejne 100 lat Niepodległej
11 XI 2018
Polska nie jest skazana na powrót do przeszłości, a obecna dezintegracja może być etapem przejściowym do integracji na wyższym poziomie. Im szybciej nakreślimy nową, bardziej dojrzałą i inkluzywną ideę Polski oraz zbudujemy wokół niej szeroki konsensus, tym szybciej wkroczymy na właściwe tory rozwoju.
Najpierw dojrzałość
Budowa wspólnoty Polaków "ponad podziałami" jest możliwa. Taka wspólnota ponad 10 tys. osób powstała w ramach Kongresu Obywatelskiego w latach 2005‑2015 niezależnie od - a nawet wbrew - narastającej polaryzacji politycznej. Podczas gdy większość kongresów i konferencji kieruje swe postulaty do rządzących, my debatowaliśmy głównie "w poziomie" - między sobą - w ramach różnych środowisk i pokoleń. Wypracowaliśmy wzajemne zaufanie i model horyzontalnej debaty obywatelskiej opartej na trosce o dobro wspólne.
Kiedy po wyborach parlamentarnych w 2015 r. rozpoczęły się zasadnicze zmiany polityczno‑ustrojowe, klimat społeczno‑polityczny uległ radykalnemu pogorszeniu. Pojawiły się znacznie silniejsze niż przedtem podziały, upowszechniła się tendencja do zamykania się we własnych kręgach ideowo‑politycznych. Stanęliśmy więc przed pytaniem, czy nakierować naszą debatę na bezpośrednią ocenę tych radykalnych (w istocie ustrojowych) zmian, jakie się właśnie dokonywały, ryzykując rozpad konsensusu dialogicznego w ramach wspólnoty Kongresowiczów. Wybraliśmy inną drogę - rozważań nad ideałem Polski, które pozwalałyby spojrzeć "z góry", tak na okres transformacji i rozwoju z lat 1989‑2015, jak i na ostatnie zmiany polityczno‑ustrojowe. Tak narodziło się przesłanie Kongresu Obywatelskiego zorganizowanego w 2016 r.: "Dojrzali Polacy - lepsza Polska" i wiążące się z nim pytania - co oznacza dojrzałość w życiu indywidualnym i zbiorowym, co to znaczy "dojrzała Polska".
Sformułowaliśmy wówczas 10 drogowskazów procesu dojrzewania Polaków i Polski. Najważniejsze z nich to: zrozumienie siebie jako całej zbiorowości narodowej i społecznej (naszej tożsamości w różnych jej odcieniach), samoakceptacja tego, jacy jesteśmy jako Polacy (czyli zarówno naszych blasków, jak i cieni) oraz podmiotowość czyli swego rodzaju samosterowność w sensie intelektualnym, emocjonalnym i wolicjonalnym.
Idea partnerskiej i wspólnej Polski
Realną atmosferę w Polsce cechują jednak ciągle narastające podziały i pęknięcia już nie tylko polityczne, ale także kulturowe - dotyczące zwłaszcza sfery wartości i tożsamości. Słuchając debaty - tak publicznej, jak i tej rodzinno‑przyjacielskiej - można odnieść wrażenie, że Polska byłaby po wsze czasy krainą mlekiem i miodem płynącą, gdyby tylko usunąć z niej element liberalno‑demokratyczny* lub konserwatywno‑narodowy* (*niepotrzebne skreślić).
Całościowe myślenie o rozwoju podpowiada nam jednak, że dla każdego organizmu wycieńczająca (ale też nieproduktywna) jest konieczność oddychania zamiennie tylko jednym płucem, podczas gdy drugie idzie w odstawkę. Stały, szybki rozwój i doganianie krajów wysoko rozwiniętych wymaga wykorzystywania całego potencjału Polaków, wszystkich zasobów, talentów, umiejętności, wiedzy i energii.
Stajemy więc przed pytaniem jak zapewnić możliwość rywalizacji i zmian, zachowując jednocześnie klimat współpracy oraz racjonalną ciągłość. Ten wymóg może spełnić tylko ideał partnerskiej i wspólnej Polski. Partnerstwo oznacza bowiem akceptację podmiotowości drugiej osoby i wzajemny szacunek. Różnice potencjałów i możliwości stają się wtedy szansą na realizację wspólnych celów - zgodnie z ideą gry o sumie dodatniej: win‑win. Nie wyklucza ona rywalizacji i ciągłego wzajemnego pozycjonowania się, ale nie zakłada też dążenia do eliminacji bądź całkowitego zdominowania drugiej strony. To wiązałoby się bowiem z utratą zasobów, możliwości i energii, którymi dysponował potencjalny partner.
W swojej istocie idea partnerstwa opiera się na idei osoby ludzkiej - wszyscy rodzimy się równi, wszyscy mamy przyrodzoną godność. W nauce katolickiej - wszyscy jesteśmy dziećmi Bożymi, stworzonymi na obraz i podobieństwo Boże.
Idea partnerskiej Polski, wyznaczając kierunek naszego dojrzewania zbiorowego, może nam pomóc w rozwiązaniu wielu zasadniczych konfliktów i napięć, które nas trapią. W jakich więc sferach warto ją zastosować? Właściwie we wszystkich. Potrzebujemy partnerstwa kapitału i pracy, władzy i obywateli, pokolenia srebrnych z młodymi, Polski metropolitarnej z lokalną, kobiet i mężczyzn, itd. Jednak naszym największym wyzwaniem jest zbudowanie partnerstwa w sferze wartości i tożsamości.
Jeśli chcemy, by trapiące nas różnice stały się szansą, musimy w sobie wyrobić zdolność do patrzenia na CAŁOŚĆ, bo - jak mówią mędrcy - tylko całość jest prawdą. Wtedy szukanie dojrzałej równowagi w różnorodności, swoistego "podziału pracy" i partnerstwa staje się naturalne, nawet w sferze wartości i tożsamości.
Partnerstwo w sferze wartości i tożsamości
Zacznijmy od wartości. To właśnie tutaj wiele osób upatruje źródeł nieprzezwyciężalnego konfliktu polsko‑polskiego. Jeśli jednak przyjmiemy, że wszyscy jesteśmy patriotami i mamy na uwadze dobro rozwojowe Polski, ostrość sporu o wartości powinna się znacząco zmniejszyć.
Czy takie wartości, jak wolność, solidarność, sprawiedliwość, porządek i hierarchia można traktować zamiennie, myśląc o dobru Polski? Przecież Polska dla swojego rozwoju potrzebuje wszystkich tych wartości. Co by było, gdyby całkowicie zwyciężyła wolność, kosztem innych wartości? Pewnie pogrążylibyśmy się w chaosie. Gdybyśmy postawili na hierarchię, ład i porządek, zafundowalibyśmy sobie w nieodległym czasie stagnację i zniewolenie.
Hasło wolności i solidarności obecne w naszej Wielkiej Solidarności początku lat 80. wyrażało odwieczną mądrość ying i yang. Zawsze bowiem potrzebujemy i napędu, i pewnej równowagi. Inaczej mówiąc, dla rozwoju całości - Polski - potrzebujemy wszystkich wartości moralnych, ich przyjaznej rywalizacji, koegzystencji i partnerstwa. Oczywiście, struktura "popytu" społeczeństwa na pewne wartości może zmieniać się w czasie (np. w czasach dobrej koniunktury gospodarczej i geopolitycznej w cenie będą wolność i otwartość), ale w naszym wspólnym interesie jest zasadnicze utrzymanie całego systemu wartości.
Chcąc rozwoju Polski, nie możemy więc patrzeć na rywalizację wartości w sposób dogłębnie antagonistyczny czy konfliktowy - patrzmy na nie ze zrozumieniem i spolegliwie. Tym bardziej, że odzwierciedlają one rzeczywiste, tkwiące w naszej naturze różnice, nasz portret psychologiczny. Każdy zna osoby otwarte i nastawione z natury wolnościowo oraz zamknięte i nastawione wspólnotowo czy wręcz hierarchicznie, itd.
Cieszmy się, że mamy aktywnych promotorów wolności, osoby, które swoim życiem dają świadectwo troski o innych, czy też takich członków wspólnoty, którzy przypominają o tym, jak ważne są autorytety lub dążenie do życia w zgodzie z Dekalogiem. Szanujmy się nawzajem i współpracujmy przy ograniczaniu postaw nihilistycznych. Budujmy wspólnie Polskę partnerstwa wartości, posadowioną w sposób "nieobronny" na naszej historii, atrakcyjną dla Polaków i szanowaną w świecie.
Drugą kluczową przestrzenią budowania narodowego partnerstwa jest kwestia tożsamości. Tu sytuacja jest w istocie podobna. Jest rzeczą oczywistą, że nasza polska dusza - indywidualna i zbiorowa - jest "złożona" z różnych zakamarków. Nikt nie ma jednej, homogenicznej duszy. My, Polacy, mamy gen słowiański, szlachecki, chłopski i - z racji swojej niezwykłej historii - niezliczone ślady innych oddziaływań. Wpłynęła na nas i cywilizacja wschodnia, i zachodnia. Jesteśmy kulturowo "zakręceni", "wielobiegunowi" i nadal zróżnicowani chociażby według granic dawnych zaborów. Mamy różne składowe tożsamościowe, które musimy dostrzec i zaakceptować, jeśli chcemy szukać równowagi.
Dotychczas zdecydowanie największy wpływ na narrację i symbolikę narodową miał nurt szlachecko‑inteligencki w swoich dwóch odmianach: konserwatywno‑narodowej i liberalno‑demokratycznej. Nie daje mu to jednak pełnej "reprezentatywności" i nie prowadzi nas ku zrównoważonemu spojrzeniu na polską tożsamość i polskie etosy.
Potrzebna jest nowa synteza, która uwzględniałaby również perspektywę chłopską (postchłopską) - pragmatyczną, opartą bardziej na kategorii interesów, niż symboli i oddalonych od rzeczywistości, wielkich narracji narodowych. Nowy zrównoważony etos narodowy powinien być partnerstwem postszlacheckiego genu wolności i fantazji oraz postchłopskiego genu przetrwania i pragmatyzmu. Inkluzywna narracja narodowa mieści się gdzieś wewnątrz trójkąta ideowych napięć, które wyznacza etos konserwatywno‑narodowy, etos liberalno‑demokratyczny oraz etos chłopski.
Przykładem skutecznego partnerstwa tych trzech etosów był ruch "Solidarności". Gdyby nie gen sprytu i pragmatyzmu chłopskiego (a właściwie chłopsko‑robotniczego) kierownictwa ruchu, zamiast dość pokojowej zmiany ustrojowej mielibyśmy kolejne powstanie narodowe zakończone porażką. Sukces "Solidarności" wynikał z faktu, że każdy z naszych etosów był tam obecny, ale żaden nie zdominował jej działania. W Gdańsku było to widać szczególnie wyraźnie, gdy wolnościowy zapał "Wilniuków" zderzał się z robotniczo‑chłopskim pragmatyzmem i sprytem "lokalsów" (głównie Kaszubów).
Siła lokalności i regionalności
Nowe, bardziej inkluzywne "imaginarium" narodowe powinno również uwzględniać partnerstwo etosów regionalnych. Polska jest bardzo zróżnicowana: regionalnie, ale także - przynajmniej podskórnie - na poziomie narodowym. Nawet na terenach dawnej "Kongresówki", skąd pochodzi dominująca narracja narodowa - romantyczno‑powstańcza, były też nurty pozytywistyczne i myślenie etosem pracy, trudu i przedsiębiorczości. Najogólniej biorąc - etos pozytywistyczny przeważa na poziomie regionów (Pomorze, Wielkopolska, Górny Śląsk, Małopolska), natomiast etos romantyczno‑powstańczy - na poziomie narracji ogólnonarodowej oraz w centralnej i wschodniej części Polski. Ziemie Odzyskane to raczej przestrzeń etosu liberalnego i lewicowego. Tu tradycje etosowe dopiero się rodzą. Ale już widać, że będą to raczej społeczności bardziej otwarte, tolerancyjne i akceptujące różnorodność niż konserwatywne (zamieszkujące Polskę południowo‑wschodnią).
Czy to zróżnicowanie etosowe (aksjologiczne, kulturowe) musi być naszym przekleństwem, naszym wiecznym przeznaczeniem niepozwalającym nam wykorzystywać wszystkich swoich talentów i w pełni rozwinąć naszych skrzydeł? Czy musimy tracić tyle energii na wewnętrzną walkę różnych etosów w ramach naszego dualizmu kulturowego? Wydaje się, że mądre partnerstwo etosów regionalnych może doprowadzić nas do kluczowego dla naszego bezpieczeństwa i dynamiki rozwojowej zredefiniowania (zrównoważenia) narodowej narracji etosowej.
Wizja partnerskiej Polski może się dzisiaj wydawać bardzo abstrakcyjna. Żyjemy bowiem w okresie tęsknoty za silnym państwem. Życie zweryfikuje, czy obecnie realizowany model państwa (i w pewnym stopniu też społeczeństwa) przysłuży się pełnemu wykorzystaniu potencjału wszystkich Polaków i rozwojowi naszego kraju. Idea partnerskiej i wspólnej Polski już teraz realizuje się jednak w wielu rejonach Polski lokalnej. To właśnie tutaj odbywa się realne obywatelskie ćwiczenie myślenia i działania w imię dobra wspólnego - od troski o postawienie nowej ławeczki na naszym osiedlu, przez myślenie o rozwoju i dobru naszej miejscowości, aż do zaangażowania się w to, co korzystne dla kraju. Wzmocnienie tego trendu daje nadzieję na odejście od filozofii indywidualistycznego modelu życia polegającego na posiadaniu i konsumpcji - ku życiu czerpiącemu radość i sens z przynależności, współtworzenia, dzielenia się, budowania tkanki społecznej, odpowiedzialności ekologicznej itp. Obywatelska współpraca wokół załatwienia codziennych, drażniących nas spraw jest również cennym doświadczeniem przekraczania ideologicznych barier, które często uniemożliwiają nam dzisiaj współpracę na rzecz wspólnego dobra na poziomie ogólnokrajowym.
Aby docenić te niezwykle ważne pomosty budowane przez codzienną praktykę współdziałania, tegoroczny XIII Kongres Obywatelski zorganizowaliśmy pod hasłem "Siła lokalności - siła Polski". Nasze obywatelskie rozmowy i przykłady działań z całej Polski to namacalny dowód, że właśnie poprzez lokalność może dokonać się najważniejszy dla przyszłości Polski proces zmiany kulturowo‑mentalnej. Proces dojrzewania nas jako społeczeństwa i wspólnoty obywatelskiej.
Myśląc o zrealizowaniu idei partnerskiej i wspólnej Polski musimy nieustannie wzmacniać lokalne spoiwa naszej wspólnoty. Podstawą dla sieci współpracy powinien stać się etos otwartej wspólnoty kulturowej, zasady partnerstwa i wspólnych celów rozwojowych.
O autorze
Jan Szomburg- doktor nauk ekonomicznych, współzałożyciel oraz Prezes Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową, inicjator Kongresu Obywatelskiego oraz Przewodniczący Rady Programowej Kongresu Obywatelskiego. Promotor publicznej refleksji i debaty nad tożsamością i wspólnotowością Polaków. Współtwórca polskiej myśli transformacyjnej dotyczącej gospodarki. Autor wielu opracowań na temat kulturowych przesłanek i uwarunkowań rozwoju. Wydawca serii wydawniczej "Wolność i Solidarność" (od 2005). W latach 80. zaangażowany w gdańskiej "Solidarności", w stanie wojennym współpracował z podziemiem. Absolwent Uniwersytetu Gdańskiego.
www.kongresobywatelski.pl
IBnGR
© Copyright 2018, Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową
Komentarze
Wieńczysław @ 176.114.235.*
wysłany: 2018-11-12 13:55
Trudno się nie zgodzić z tym tekstem, który jest bardzo dobrze napisany, wyważony, nie faworyzujący żadnej ze stron toczącego się od nas od wielu lat sporu, szukający wspólnej płaszczyzny porozumienia między wszystkimi Polakami, a jeszcze bardziej - punktu, w którym można byłoby przełamać ten podział i zbudować coś ponad nim lub mimo niego. Dokładnie w ten sposób chciałbym, aby myślano o polskich problemach. Natomiast nie wierzę, że tego typu wizje i pomysły szybko znajdą swoje odzwierciedlenie w realnych działaniach osób zaangażowanych w nasze życie publiczne. Dlatego dodałbym tutaj od siebie pewien mały "kamyczek", otóż ostatnio zastanawiając się nad podobnymi do tych poruszanych w tekście problemami, doszedłem do wniosku, iż wśród przedstawicieli polskiej tzw. klasy politycznej brakuje czegoś, co ja nazwałbym "zdrowym cynizmem", który częściowo można utożsamić z opisywanym w tekście etosem chłopskim. Cynizm oczywiście sam w sobie jest cechą jedną z najgorszych i niestety stale obecnych we wspomnianych przeze mnie kręgach, natomiast proponowana przeze mnie zdrowa jego wersja polegałaby przede wszystkim na zrozumieniu, że nasz osobisty, parykularny interes jest ściśle związany z interesem społeczeństwa i odwrotnie. Polityk o takiej cesze będzie zatem kierował się dobrze pojmowanym interesem narodowym nie tylko dlatego, że tego wymagają jakieś moralne względy lub odwieczne zasady postępowania w sferze polityki, ale ponieważ ma świadomość, że to najzwyczajniej w świecie opłaca się także jemu i jego rodzinie, że to, jak żyje jakaś lokalna społeczność w Pcimiu Dolnym przekłada się także na jego jakość życia i jego własne poczucie szczęścia, zadowolenia z życia w swoim kraju. Taki polityk będzie także "chował do kieszeni" różne swoje uprzedzenia, skrajne opinie na tematy ideologiczne, jeśli tylko w grę w chodzi realny zysk, który może przysporzyć swemu krajowi, a pośrednio także sobie.
Dobrym przykładem mogą być ostatnie zachowania niektórych polityków, które mieliśmy okazje obserwować. Donald Tusk jest przykładem polityka kierującego się zwykłym cynizmem. Zaplanował sobie, że przyjedzie zupełnie nieproszony na obchody święta niepodległości tylko po to, by potem pokazywano w jego zaprzyjaźnionych mediach, iż cała wierchuszka PiS-u zachowuje się wobec niego grubiańsko, nie podając mu ręki, nie wymieniając z nazwiska. Ale ponieważ pomyślał, że być może pisowcy, niesieni atmosferą jednoczącego Polaków święta, jednak wykonają jakieś przyjazne gesty, postanowił ich uprzedzić i na wszelki wypadek dzień wcześniej nazwał ich bolszewikami, a już po uroczystościach stwierdził, że wszyscy politycy są winni obniżenia standardów debaty publicznej, wszystkich ponoszą emocje i być może on też powinien bić się w piersi, choć oczywiście za nic nie przeprosił.
Jest to zwykły, małostkowy cynizm drobnego politycznego rzezimieszka, który już mało w polskiej polityce znaczy, więc stale o sobie przypomina i wobec jeszcze niższej jakości swoich konkurentów w partii, urasta w oczach swych wyborców i zaprzyjaźnionych mediów do rangi "męża stanu" i głównego pretendenta do prezydentury. Tymczasem gdyby Donald Tusk reprezentował ów zdrowy cynizm, to w ogóle nie dochodziłoby do takich idiotycznych scen, gdyż Tusk wiedziałby o tym, że takie drażnienie swoich przeciwników do niczego dobrego nie prowadzi, a jedynie pogłębia podziały.
Jestem za tym, żeby poszczególni politycy, których pod względem wyznawanej opcji politycznej dzielą lata świetlne, nawet się nie lubili i wzajemnie się obrażali, nie podawali sobie rąk - niech tak już będzie, jeśli tak być musi, ale najważniejsze, by w kluczowych momentach, gdy jest coś do zrobienia wspólnego - robili to, gdyż jest to dobre dla Polski.
Na przykład Marek Jakubiak i Janusz Palikot potrafili mimo oczywistych różnic między nimi zawrzeć transakcję o sprzedaży udziałów w browarze należącym do tego pierwszego. Bo to jest biznes. Tam, gdzie jest biznes do zrobienia, przestają mieć znaczenie barwy partyjne. Oczywiście w polityce idee są ważne, ale te idee mają zazwyczaj bardzo konkretne, namacalne odzwierciedlenie - choćby idea niepodległości wyraża się w tym, że zbudowaliśmy gazoport w Świnoujściu, że chcemy dokonać przekopu Mierzei Wiślanej, że chcemy zbudować Centralny Port Komunikacyjny. Jeśli ktoś dobrze życzy Polsce i popiera te projekty, to nie może ich torpedować tylko dlatego, że zostały zaproponowane i będą realizowane przez PiS. Bo to też jest nasz wspólny biznes, a nie jakaś polityczno-ideologiczna fanaberia.
Oczekiwałbym, żeby nasi politycy wzięli sobie do serca słowa Churchilla: "gdyby w celu pokonania Hitlera potrzebny byłby pakt z Diabłem, to zawarłbym pakt z Diabłem". Tymczasem u nas nadal króluje małostkowość, nakręcanie bezsensownych sporów o mało istotne sprawy ideologiczne, które tylko podgrzewają atmosferę, a nie posuwają żadnej sprawy do przodu. Myślenie w kategoriach polskiego interesu narodowego u nas praktycznie nie istnieje. Wciąż pokutuje chęć romantycznej walki "o wolność naszą i waszą" i etos rycerski, który wydaje się pięknym, cennym reliktem z naszej sarmackiej przeszłości, a tymczasem stanowi jedno z naszych największych obciążeń (nie przypadek, że kilkakrotnie jego obronę słyszałem od dziennikarzy GW - choć niewykluczone, że wszyscy oni powtarzali tylko po swoim guru).
Jeśli martwimy się z powodu podziałów, to zacznijmy, właśnie czysto "cynicznie", czyli pełni żądzy poprawy naszego czysto materialnego poziomu funkcjonowania, dyskutować o dziurach w drodze, o mostach, o sieciach światłowodowych, ale też o bibliotekach, instytucjach. Zaprzęgnijmy takich Tusków i Kucharskich do pożytecznej pracy intelektualnej - niech nie żyją tylko nienawiścią do PiS-u, niech ich potencjał zostanie wykorzystany w dobrym celu.
Co nam w tym przeszkadza? Może brak znajomości otaczającej nas rzeczywistości? Może po prostu łatwo nam przychodzi dyskusja na temat "kto kogo", kto jest dobry, a kto zły, kto pod kim dołki powinien wykopać, a na tematy, które naprawdę wymagają i pilnych zmian i głębokiego namysłu, niewielką mamy wiedzę? Pewnie tak jest, dlatego tak podoba mi się zaproponowany w tekście punkt wyjścia: "zrozumienie siebie". Dodałbym: zrozumienie oraz poznanie. Myślę, że w ogromnym stopniu nie znamy naszego otoczenia, nie znamy Polski, dlatego tak trudno nam cokolwiek dać od siebie, pozostawiamy sprawy własnemu biegowi.
Gdzie szukać ratunku, od czego zacząć? Jako kolejne uzupełnienie tekstu i odpowiedź na to pytanie chciałbym polecić wystąpienie - dla mnie bardzo ważne, bardzo interesujące, i w swojej wymowie bardzo optymistyczne - pana Krzysztofa Bosaka na inaugracji Kongresu Nowej Prawicy w 2011r. :
https://www.youtube.com/watch?v=HVfbDoC5Ots
Kluczowy fragment od 5:10.
AS @ 78.88.136.*
wysłany: 2018-11-12 17:07
"Polska nie jest skazana na powrót do przeszłości, a obecna dezintegracja może być etapem przejściowym do integracji na wyższym poziomie. Im szybciej nakreślimy nową, bardziej dojrzałą i inkluzywną ideę Polski oraz zbudujemy wokół niej szeroki konsensus, tym szybciej wkroczymy na właściwe tory rozwoju."
Tego się nie da czytać.
JJ:
E tam, da się...
Hmm @ 79.75.108.*
wysłany: 2018-11-12 18:33
Nie Jesteś Pan Sam. ;)
Buniek @ 176.111.153.*
wysłany: 2018-11-12 20:01
Panie Jacku moim zdaniem ten tekst jest tragicznie miałki. Nikogo nie uraża i nikogo nie promuje, a ostatnio dzięki zabiegom widomych sił tylko to się w kraju liczy. Ogólnie żyje nam się wszystkim w miarę dobrze więc i papka nam nie smakuje. Marzący o spajającej nas wizji rozwoju tu takiej nie znajdą. Ci od dawania komuś w mordę, palenia rac, itd. też nie dostali nic. Fani obecnie rządzących czyli obywatele leczący jakieś kompleksy budowaniem piętrowych struktur wyimaginowanych wrogów może jakieś zainteresowanie tym tekstem wykażą jako okazją do promowania swoich fobii i jednocześnie reklamowania obecnie rządzących. Osobiście jednak wolałbym czytać na jg24 teksty o naszej okolicy.
Wieńczysław @ 78.8.172.*
wysłany: 2018-11-13 19:18
To są ci od dawania komuś w mordę (2011):
https://bit.ly/2PuFQkf
a to są ci od palenia rac:
https://bit.ly/2JW2RGO
Co do tego drugiego, to może Pan Jacek zdoła wytłumaczyć, co jest złego w paleniu rac? Bo ja tego nie rozumiem, może za głupi jestem. Czy race są niebezpieczne albo czy są symbolem faszyzmu?
Buniek @ 176.111.153.*
wysłany: 2018-11-14 01:10
Panie Wieńczysławie nawet nie spojrzałem na zdjęcia z pańskich linków. Dlaczego? Bo innych, o zupełnie innej wymowie, oglądam sporo. Rozumiem, że pan ogląda swoje, a ja swoje. A przecież żyjemy w jednym kraju! Dla mnie z perspektywy obecnych czasów to atak policjanta na panią Agnieszkę w JG jest ważny i atak męża pani z rządzącej partii na pana Józefa Pawłowskiego na spotkaniu prominentnego działacza tej partii. Pan się cieszy, że 11 listopada w Warszawie paliło się tysiące (zabronionych prawem) rac i policja nareszcie z przyzwoleniem władz nie interweniowała. Pewnie jest pan też szczęśliwy, że kilka petard rzucono w kierunku grupki ludzi z banerem KONSTYTUCJA, że wyzywano od żydów i tradycyjne "raz sierpem raz młotem..." i inne takie hasełka skandowano. Ale, jeżeli jeszcze pana cieszy to, że zagraniczni reporterzy takie rzeczy opisują jako działalność popieraną przez obecny rząd to przyznam się, że mnie to martwi. Dlaczego? Ano dlatego, że uważam, że to jest dla mojego kraju złe.
Jacek Jakubiec @ 31.2.112.*
wysłany: 2018-11-14 10:56
Nie widzę niczego złego w paleniu rac. W granicach zdrowego rozsądku i przy zachowaniu ostrożności. Zdrowego rozsądku czasem brak kibicom na dużych imprezach futbolowych. Taka oprawa imprez i wydarzeń to rzecz znana od tysiącleci. Nawiasem mówiąc to słowo znaczy chyba coś innego niż teraz się dość powszechnie przyjęło. Tu mamy raczej pochodnie czy żagwie, a race to sygnały świetlne wystrzeliwane w niebo...
Buniek @ 176.111.153.*
wysłany: 2018-11-14 11:47
Panie Jacku w paleniu śmieci na ogrodach tez przez wiele lat nie widziano nic złego! Teraz z przyczyn zdrowotnych i bezpieczeństwa jest to zabronione. Dlatego też, przez to, że jest zabronione palenie rac z tych samych powodów, to na demonstracjach się je pali, aby pokazać pogardę dla prawa i władz które te prawa ustanawiają. Urok jest żaden bo dym jest trujący i duszący ale wyraz właśnie polityczny (bo demonstracja) jest widoczny z daleka i o to chodzi. Zatem na tej Warszawskiej demonstracji palenie rac było też w kontrze, tylko warto pytać przeciw komu? Każdy z nas wie, że przeciwko UE i ideom wspieranym przez nią. Rząd stanął po stronie palących race i jednocześnie informuje, że jest za Polską w UE. Wygląda to tak jak siedzący obok siebie w PE pan prof. Legutko i pan Farage (słynny brytyjski polityk, który skutecznie WB wyprowadził z UE). Zarówno z perspektywy polityków PE jak i naszej krajowej widać wyraźnie zamiary rządu. Tylko czy obywatele RP, a w tym Pan, ja i inni blogowi dyskutanci tego chcemy? Ja oczywiście nie!
JJ:
No to mamy żywy dowód, że można patrzeć na to samo, ale widzieć coś całkiem innego. Dla Pana race na pochodzie były "w kontrze", politycznej rzecz jasna, wymierzonej w Unię Europejską, a dla mnie były raczej jednym z przejawów ludzkiego (nie zawsze mądrego) spontanu i radochy w tym wyjątkowym, wspaniałym biało-czerwonym przemarszu morza ludzi. Proszę wybaczyć, ale tak patrząc, jest Pan po sąsiedzku z niejakim - za przeproszeniem - Guy-em Verhofstadtem, który zapewne widział tym razem już nie 60 tysięcy a ćwierć miliona faszystów. Tyle w tym prawdy i sensu, co w imputowaniu polskiemu rządowi, m.in. przez Pana Buńka, zamiaru wyprowadzenia Polski z UE.
Coś jednak muszę dodać. Jeśli ci z racami, nawet powodowani najczystszymi emocjami, na własne życzenie podpadają pod paragrafy, to niech za to odpowiadają. To dla mnie jasne.
Jacek Jakubiec @ 31.2.112.*
wysłany: 2018-11-15 11:16
Jak widać, to co pisze J.Szomburg można różnie odebrać. Ktoś pisze że tego się nie da czytać, dla Buńka jest to „tragicznie miałkie“. Sądziłem, że nie trzeba wielkiego wysiłku intelektu, by pojąć i jednak docenić te nie tak znów skomplikowane, rzeczowe a politycznie neutralne wywody. Mnie w każdym razie takie postrzeganie polskich imponderabiliów doby obecnej oraz takie, z patriotycznego serca ale i z chłodnego rozumu płynące rekomendacje - bardzo przekonują.
Czy mogą przebić się do polskiej zbiorowej świadomości? No cóż, po prawdzie szanse dość marne, ale przecież próbować trzeba.
Teraz do Wieńczysława.
Jesteśmy zgodni w ocenie trafności i wartości tego eksperckiego wykładu. Może nieco inaczej patrzymy na owe szanse, o których wyżej.
Pisze bowiem – o tekście Szomburga - Pan Wieńczysław:
(…) jest bardzo dobrze napisany, wyważony, nie faworyzujący żadnej ze stron toczącego się u nas od wielu lat sporu, szukający wspólnej płaszczyzny porozumienia między wszystkimi Polakami, a jeszcze bardziej - punktu, w którym można byłoby przełamać ten podział i zbudować coś ponad nim lub mimo niego. (…) Natomiast nie wierzę, że tego typu wizje i pomysły szybko znajdą swoje odzwierciedlenie w realnych działaniach osób zaangażowanych w nasze życie publiczne (…).
I nieco dalej:
(…) Jestem za tym, żeby poszczególni politycy, których pod względem wyznawanej opcji politycznej dzielą lata świetlne, nawet się nie lubili i wzajemnie się obrażali, nie podawali sobie rąk - niech tak już będzie, jeśli tak być musi, ale najważniejsze, by w kluczowych momentach, gdy jest coś do zrobienia wspólnego - robili to, gdyż jest to dobre dla Polski.(…).
Brawo!
I oto, Szanowny Wieńczysławie, coś jakby drgnęło. Jeśli na poziomie stołecznym nadal brylują tacy jak Schetyna, który wieszczył, że czeka nas „marsz hańby“, to tu na lokalnym, jeleniogórskim podwórku, w uroczystym odsłonięciu Krzyża Niepodległości, potrafili godnie i zgodnie stanąć obok siebie lokalni liderzy PiS-u, Platformy, SLD oraz przedstawiciele innych opcji. Czyli można!
Ba, piętro wyżej, na poziomie regionalnym, doszło we Wrocławiu do zawiązania koalicji między PiS a formacją bezpartyjnych samorządowców. Dla jednych to zgroza i dopust boży (b. senator J. Pinior w swych reakcjach idzie po bandzie i chce ten sojusz storpedować), ale jeśli użyć rozumu, to jest to deal, na którym Dolny Śląsk może naprawdę wiele zyskać...
Trzymam kciuki za powodzenie misji Szomburga.
AS @ 78.88.136.*
wysłany: 2018-11-16 06:11
"Szomburgiana":
"Czy mogą przebić się do polskiej zbiorowej świadomości? No cóż, po prawdzie szanse dość marne, ale przecież próbować trzeba."
1. Dlaczego marne?
2. Dlaczego próbować trzeba?
JJ:
ad 1. - ponieważ - co widać nawet na tym forum - wielu rodaków nie jest w stanie zrozumieć, o co Szomburgowi chodzi,
ad 2. - bo taki jest nasz - żywotny dla Polski! - interes, a... no cóż... kropla drąży skałę.
AS @ 78.88.136.*
wysłany: 2018-11-17 08:59
"wielu rodaków nie jest w stanie zrozumieć, o co Szomburgowi chodzi,"
Jest na to sposób: zmienić rodaków.
JJ:
Trzeba uściślić: zmienić, czy może... hm... zamienić? To znaczy wymienić Polaków hurtem na jakiś inny żywioł plemienny? No nie, to mało realne i zapewne nie to AS miał na myśli.
Zatem jest chyba AS za tym, aby z m i e n i a ć rodaków. Ich świadomość, mentalność, nawyki w duchu republikańskiej demokracji, pro-państwowości etc..., a wszystko to pod kątem umacniania polskiej wspólnoty. No i to właśnie marzy się Szomburgowi i jemu podobnym.
Robota na dziesięciolecia, trudno, ale czy są lepsze propozycje?
Jacek gospodarz @ 31.2.112.*
wysłany: 2018-11-17 10:46
Hallo Wojtku, mój drogi polityczny Adwersarzu, jesteś tam?
Co o tym myślisz?
Zauważ, że w wywodach Szomburga syndromu partyjniactwa nie ma ani trochę...
Wieńczysław @ 176.114.235.*
wysłany: 2018-11-17 13:16
Race, a sprawa polska.
Mam wrażenie, że przeciwnikom Marszu Niepodległości wcale nie chodzi o to, że wielu uczestników trzymało race, które rzeczywiście (sprawdziłem, bo aż nie mogłem w to uwierzyć) są nielegalne wg nowej ustawy, ale o to, że te race tworzą piękną oprawę.
Myślę, że race dlatego tak kłują w oczy, że świetnie współgrają z całą atmosferą i otoczką wokół Marszu. Mamy przecież listopad - miesiąc dla Polski szczególny (inna sprawa - dość paradoksalna - że każdy miesiąc w Polsce jest "szczególny" pod względem historycznych skojarzeń). Przed chwilą czciliśmy Wszystkich Świętych i wszystkich naszych Zmarłych. Zapalaliśmy znicze, które w listopadowych ciemnościach stanowią symbol życia, nadziei, "światełka w tunelu", rozbłysk światła otwierający drogę ku transcendencji. To morze rac podczas przemarszu 11 listopada przypomina mickiewiczowską lawę.
Taki, tzn. dokładnie taki marsz nie byłby możliwy np. w maju. To nie pochód pierwszomajowy ani Parada Schumana (który zresztą przewraca się w grobie, gdy widzi, kto powołuje się dzisiaj na jego nazwisko). Race może nie byłyby na miejscu nawet w grudniu, bo to miesiąc, w którym czekamy na przyjście na świat Chrystusa, ani w styczniu, który raczej kojarzy się tylko z przegranym powstaniem. Race mają sens i świetnie wyglądają tylko w listopadzie. Sądzę, że gdyby były używane w maju, to obecnym krytykantom i legalistom ostatniej godziny mogłoby to nawet pasować.
Pamiętam słynny (mnie szczególnie utknął w pamięci) wywiad z panem dr. Michałem Łuczewskim na temat nie mniej słynnego "czarnego marszu" (do odnalezienia w necie, na stronach rp.pl). Pan dr Łuczewski w niezwykle ciekawy sposób interpretuje to wydarzenie, jako pełne symbolicznych - chyba niezamierzonych - odniesień do starożytnych, raczej prymitywnych, obrzędów (bachanaliów). Okazuje się, że człowiek w XXI wieku nawet chcąc nie chcąc potrzebuje pewnego rodzaju "samorealizacji" w sferze czysto symbolicznej czy wręcz sakralnej i potrzebuje uczestniczyć we wspólnotowych obrzędach, których jedynym celem jest oddanie czci, dawanie wyrazu pewnej symbolice, ustanowienie swojej trwałej, symbolicznej obecności w przestrzeni - niezależnie od tego, czy ten kult służy sprawom dobrym, czy złym.
Tak jest z Marszem Niepodległości. Oddajemy hołd Ojcom naszej niepodległości, podkreślamy, jak ważna jest dla nas suwerenność. "Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród".
Zastanawiam się, o co chodzi tak naprawdę przeciwnikom Marszu. Czy naprawdę fakt, że wśród tych ok. 200, może 300 tysięcy ludzi znajdzie się kilkudziesięciu lub nawet kilkuset ludzi reprezentujących skrajne ideologie, albo ludzi agresywnych czy nie przestrzegających zasad kultury, ma stanowić powód do rozwiązania/zakazania tego zgromadzenia oraz powód do frontalnego ataku na wszystkich uczestników? Czy mają oni być naznaczeni jako "faszyści" albo ci, którzy "wspierają" i "współdziałają" z "faszystami"?
Nie jestem wcale pewien, że gdyby nie było "faszystów" i nie było rac, a Marsz przebiegał w 100% spokojnie, to ci ludzie stwierdziliby, że wszystko jest w porządku. Moim zdaniem Marsz przeszkadza im właśnie dlatego, że jest to Marsz Niepodległości, a nie Marsz Unii Europejskiej, albo Marsz Równości. Sama idea niepodległości jest dla nich podejrzana, gdyż ci ludzie uważają, że Polska będąc niepodległą, jest Polską słabą, skłóconą z naszymi "partnerami" i skazaną na porażkę w każdej dziedzinie, od gospodarczej poczynając. Skądinąd świadczy to o dość głębokim zakompleksieniu. Widocznie uważają, że poszczególne kraje nie kierują się swoimi interesami i w interesie żadnego kraju nie będzie zabieganie o sojusz z Polską albo nawet jeśli się nimi kierują, to takiego interesu nie mają, ponieważ jesteśmy małym, nic nie znaczącym, zapyziałym kraikiem (brzydka panna bez posagu) i jeśli tak, to powinniśmy być przynajmniej mili, grzeczni i potulni - wtedy możemy liczyć na to, że nasi "partnerzy" zlitują się nad nami i coś nam dadzą, np. fundusze unijne, bo bez nich jesteśmy za głupi i za mało przedsiębiorczy, by zbudować silną gospodarkę. Ach, jakie to jest cudowne, mądre, strategiczne myślenie naszych "elit"!
A może naprawdę chodzi im o mitycznych "faszystów", może naprawdę boją się, że oni kiedyś dojdą do władzy? Chciałbym spróbować w pewien sposób uporządkować tę sprawę.
Rzeczywiście nikt nie chciałby powrócić do czasów z minionego wieku, kiedy w różnych częściach świata panowały 3 groźne ideologie: faszyzm, nazizm i komunizm. Problem w tym, że dzisiaj te pojęcia są tak często nadużywane, że nikt właściwie ich nie rozumie zgodnie z ich prawdziwym znaczeniem. Chciałbym więc to wyjaśnić:
Faszyzm nie jest ideologią polegającą na trzymaniu rac i wykrzykiwaniu antysemickich haseł.
Faszyzm jest ideologią zakładającą posunięty do skrajności prymat państwa nad jednostką (obywatelem). Hasło Mussoliniego: wszystko w państwie, nic poza państwem, nic wbrew państwu. Wolność jednostki jest w takim systemie mocno ograniczona, a każdy jest zmuszony do współczestnictwa w realizacji zadań państwa, które często próbuje wzmocnić swoją siłę i ukierunkowywać ją przeciwko innym państwom lub znowu - przeciwko własnym obywatelom.
Nazizm nie jest ideologią polegającą na "zamawianiu 5 piw".
Nazizm to narodowy socjalizm, z czego najistotniejszym wyróżnikiem jest skrajny nacjonalizm, czyli szowinizm. Wolność jednostki jest w takim systemie również ograniczana przez państwo, ale państwo z kolei podporządkowane jest interesom narodu.
Komunizm to nie jest ideologia polegająca na wygłaszaniu antyniemieckich przemówień (jak za Gomułki).
Komunizm to skrajny socjalizm, czyli ideologia, której głównym założeniem jest tzw. uspołecznienie środków produkcji, całkowita kontrola nad gospodarką, nad tym, co, kto, kiedy, ile dla kogo i za ile produkuje. Celem komunizmu jest równość ekonomiczna, a polityka państwa podporządkowana jest interesom klas społecznych uważanych na danym etapie (słynna "mądrość etapu") za pokrzywdzone.
Wydaje się, że można wyróżnić kilka wspólnych cech tych 3 systemów:
- totalitaryzm, czyli bardzo daleko idące ograniczenie wolności jednostki
- całkowita kontrola państwa nad jednostką i życiem społeczno-gospodarczym
- cenzura
- rządy monopartii
- wskazanie wroga
- ideologizacja życia
- podporządkowanie prawa ideologii
- kolektywizm
- kult jednostki - wodza
- wrogość wobec religii i Kościoła
Wydaje się też, że spośród tych 3 ideologii faszyzm, jako przyznający państwu rolę głównego gwaranta realizacji zasad ideologii, jest wspólnym mianownikiem dla pozostałych. Zarówno w hitlerowskich Niemczech, jak i w krajach komunistycznych również państwo posiadało prymat nad jednostką, ale ono z kolei było podporządkowane interesom jeszcze nadrzędnej kategorii: narodu i klasy (robotniczej), choć w praktyce w 3 tych systemach rządziła pojedyncza partia z wyraźnym liderem - wodzem.
Wszyscy się chyba zgodzimy, że wolność jednostki, która praktycznie w tych systemach nie istnieje, jest dla nas bardzo cenną wartością. Doświadczenia XX wieku wyraźnie wskazują, że jeśli wolność jednostki nie jest uznawana, dochodzi do sytuacji dramatycznych: nieprzestrzegania praw człowieka, mordów sądowych, ludobójstw, obozów koncentracyjnych. Prawo, które służy tylko państwu, narodowi lub klasie jest fikcją, bo z obrony tych kategorii żaden pojedynczy człowiek na końcu i tak nie ma pożytku, jeśli tylko jego prywatne poglądy polityczne, sprzeczne z linią partii, skazują go w najlepszym razie na infamię. W tak rządzonych państwach znika wszelka moralność: funkcjonariusze kierując się prawem podporządkowanym interesom partii i ideologii, czują się usprawiedliwieni, stosując środki "przymusu bezpośredniego".
Tutaj dochodzimy do bardzo dziwnej sprawy. Otóż tak się składa, że za najgroźniejsze z tych systemów uważane są faszyzm i nazizm, mimo że to właśnie faszystowska zasada prymatu państwa nad jednostką występuje we wszystkich 3 (dlatego tak łatwo jest stawiać znak równości między faszyzmem, a nazizmem i utożsamiać jeden z drugim). W zasadzie powinniśmy uznać, że największym zagrożeniem jest państwo, ponieważ to właśnie ono realizuje te wszystkie najgorsze, znane z XX wieku, praktyki i jest wspólnym mianownikiem wszystkich systemów totalitarnych. Jak to więc się dzieje, że gdy mówimy "narodowiec", zapala się czerwona lampka ostrzegawcza, a gdy mówimy "państwowiec", to reagujemy sympatią i z uznaniem wspominamy przedwojennych urzędników sanacji? Może dzieje się tak dlatego, że państwo może też służyć celom dobrym, są przecież także silne państwa demokratyczne?
Dlaczego zatem za najgroźniejszy nie jest uważany komunizm? Przecież nie tylko że odbiera ludziom wolność, jak faszyzm i nie tylko szuka wrogów, jak nazizm, ale na dodatek przez zupełnie nierealistyczną, niezgodną z naturalnymi ludzkimi dążeniami politykę ekonomiczną, pogrąża społeczeństwo w nędzy. A jednak ogromna rzesza ludzi jest gotowa przyjąć założenia komunizmu ze zrozumieniem i nutą sympatii. Stąd tak częste i głupawe stwierdzenia w rodzaju "prawdziwego komunizmu nigdy nie było". Owszem, bo nie wszystkich dało się okraść, wywłaszczyć i powsadzać do obozów, ale tak samo nie było nigdy "prawdziwego" faszyzmu oraz "prawdziwego" nazizmu.
"To nie komunizm jest głupi, to ludzie, którzy się za komunistów okrzyknęli, zepsuli - na własny użytek - założenia" - stwierdza znany mędrzec, pan Paweł Kucharski.
A więc Marks, pisząc o dyktaturze proletariatu i potrzebie "uspołecznienia środków produkcji", maksymalnym jak tylko się da wywłaszczeniu, miał rację! To tylko Lenin źle zrozumiał założenia i zamiast po prostu okraść ludzi w sposób należyty, czyli humanitarny, rozeźlił się na tych, którzy okraść nie chcieli się dać i wtedy rozpoczął z nimi walkę, którą ci masowo przypłacili życiem.
Ten sam mędrzec twierdzi z uporem maniaka (nie dając sobie wytłumaczyć, że to nieprawda), iż rewolucja bolszewicka z 1917r. miała duże poparcie społeczne i to najwięcej wśród biednych i głupich mas chłopsko-robotniczych, których Pan Kucharski kojarzy oczywiście ze współczesnymi pisowcami - a jakże by inaczej! Otóż jest to wierutna bzdura, gdyż tzw. rewolucja bolszewicka w istocie nie była rewolucją, tylko zamachem stanu, a bolszewicy mieli poparcie tylko wśród marynarzy i części żołnierzy, którzy mieli już dosyć walk na froncie I wojny światowej. W wyborach do Zgromadzenia Ustawodawczego wygrali eserowcy i to głosami głównie chłopów.
Ależ to trzeba być zacietrzewionym antypisowsko, żeby dawać się poznać jako historyczny ignorant tylko po to, żeby sobie skojarzyć: bolszewicy --> głupi chłopi --> PiS!
Następnie założenia Marksa źle zrozumiał Stalin, a potem Chruszczow, Pol-Pot, Mao Tse-Tung, Kim Ir Sen oraz Fidel Castro. Wszystkie kraje, w których zapanował komunizm, popadają w nędzę i szereg innych patologii, a mimo to jeśli kiedykolwiek zbrodnie z nim związane są potępiane, to zazwyczaj określa się je jako "stalinowskie", a "prawdziwy komunizm" jako ideologię "wciąż dającą nadzieję na dobrobyt dla wielu milionów ludzi na całym świecie", jak stwierdził niegdyś p. Piotr Szumlewicz. A skoro np. p. Kucharski uważa, że założenia są słuszne, tylko Pol-Pot po Sorbonie był tak głupi, że ich nie zrozumiał, to może niech sam stanie na czele rewolucji?
Wracając jednak do głównego wątku - myślę, że komunizm jest uważany powszechnie za system "lepszy" i "ciekawszy" od nazizmu dlatego, że jest dość skomplikowaną i zróżnicowaną w swych założeniach ideologią - niezrozumiałą dla mas, ale bardzo pasującą dla elit chcących mieć nad tymi masami pełną kontrolę. W nazizmie i w dużej mierze także w faszyzmie jednostka jako taka rzeczywiście podlega pełnej kontroli, choć niekoniecznie musi to oznaczać tak skrajne ograniczenie wolności - w III Rzeszy, jeśli się było rodowitym Niemcem oraz w faszystowskich Włoszech, jeśli się deklarowało pełną lojalność wobec państwa - można było cieszyć się w sumie normalnym zakresem wolności w sferze np. rozporządzania swoją własnością, przemieszczaniu się itd. Co innego w Sowietach - tam państwo wyznaczało, gdzie kto ma pracować i co może sobie za to kupić. Dlatego to właśnie komunizm uważam za ideologię najbardziej niebezpieczną, podwójnie groźną, choć jest powszechnie uważany za mniej groźną niż np. nazizm, a wynika to moim zdaniem stąd, że nazizm z kolei jest ideologią prostą, zrozumiałą dla narodu. Naród jest bardziej samoświadomy politycznie, poszczególni przedstawiciele narodu rozumieją kategorię wspólnego interesu, który łączy ich z innymi rodakami i potrafią ten interes wyrazić i zrealizować w sposób zorganizowany. Klasa społeczna już nie jest tak samoświadoma politycznie, gdyż podział na klasy nie jest tak naturalny i niekoniecznie celem człowieka musi być pozostanie na zawsze częścią danej klasy. Zresztą to pojęcie już od dawna jest anachroniczne ze względu na zwiększoną mobilność społeczną, tzn. możliwość łatwego awansu klasowego oraz zróżnicowania kryteriów identyfikacji (np. nie jestem tylko robotnikiem, ale także mężem, ojcem, cyklistą, chrześcijaninem, hodowcą rybek itd.). Ponieważ świadomy swych politycznych interesów, zwarty, ce****ący się spójną i żywą kulturą naród jest szalenie nieobliczalnym żywiołem o ogromnej mocy - stąd wizja narodu posiadającego prymat nad państwem, które z kolei posiada na faszystowskiej zasadzie prymat wobec jednostki musi budzić przerażenie.
Wszystko jednak zależy od celu. O ile można od razu powiedzieć, że cel komunizmu - równość zaprowadzana na siłę za pomocą powszechnej grabieży - jest zły, o tyle niekoniecznie celem każdego narodu musi być od razu unicestwienie jakiegoś innego narodu.
Nie usprawiedliwiam tutaj żadnej z tych ideologiii, natomiast pozostaje jeszcze do wyjaśnienia kwestia: co jest ich przeciwieństwem? Można stwierdzić, że przeciwieństwem tych systemów jest taki system, w którym jednostka cieszy się szerokim zakresem praw w każdej dziedzinie życia, czyli w wersji skrajnej musiałby to być jakiś rodzaj libertarianizmu albo anarchokapitalizmu.
Rzeczywistość, w której państwo prawie nie istnieje, albo nad niczym nie ma władzy, można uznać na pewno za lepszą niż życie w Gułagu. Z jednej strony może to oznaczać "wojnę wszystkich ze wszystkimi", w której tylko najsilniejsze jednostki sobie dają radę, ale w innych warunkach, np. przy wystarczających naturalnych zasobach, może rodzić samorzutne procesy organizacji społecznej. Ale te po pierwsze, zawsze w jakiś sposób idą w kierunku ograniczenia wolności, a po drugie idą w kierunku tworzenia jakichś zrębów państwa. Okazuje się zatem, że żeby cieszyć się wolnością, trzeba trochę w niektórych sferach tę wolność ograniczyć. Wolność, rozumiana jako maksymalny zakres wyboru prowadzący do przysporzenia korzyści jest możliwa tylko w pewnym ładzie, porządku. Sam maksymalnie duży wachlarz możliwości może być bezużyteczny jeśli jest to wybór "między dżumą i cholerą". Lepszy jest przymus nauki i zarabia pieniędzy, po to, żeby móc te pieniądze wydawać, niż wybór między bezrobociem, bezdomnością, a nędzą.
Doskonale rozumieją to nasi wspaniali "liberałowie", ze wspomnianym już panem Kucharskim na czele. Chociaż to on tak często śpiewa w chórze krzyczących przeciwko "odbieraniu ludziom wolności przez PiS" oraz "włażeniu przez Kościół do łóżka" sam chętnie występuje z wieloma propozycjami tworzenia kolejnych zakazów, np. tych dotyczących rac, a wcześniej - fajerwerków na Sylwestra, bo mu tak przeszkadzają. Dość przypomnieć też choćby prof. Magdalenę Środę, uważaną za liberała, która stwierdziła, że państwo ma prawo sterylizować osoby upośledzone. Nie wiem, czy śmiać się czy płakać, bo jeżeli to właśnie takie osoby, które lansują pomysły eugeniczne rodem z III Rzeszy i które uznają ów prymat wszechwiedzącego państwa nad jednostką, piszą podręczniki do "etyki" dla licealistów z jednej strony, a z drugiej ostrzegają przeciw "autorytarnym zapędom PiS", to coś tu jest nie tak.
Ale to wszystko wskazuje na jedno: każdy wie, że wolność jest rzeczą cenną i pożądaną, a do jej ograniczenia na skalę taką, jakiej dopuszczono się w systemach totalitarnych nie można już dopuścić, ale istnieją też takie wartości jak bezpieczeństwo, jak względy ochrony środowiska, jak odpowiedzialność za jednostkę i społeczeństwo jako całość. Dziś już widzimy, że z jednej strony istnieje ogromna potrzeba zachowania tego, co prof. Marek Cichocki nazwał "cennymi resztkami po liberalizmie", ale z drugiej właśnie dlatego są to tylko "resztki", że liberalizm jest ideologią dzisiaj już raczej skompromitowaną, bo prowadzi do anomii społecznej i szeregu innych patologii.
Najważniejsze jest więc to, żeby nie dać sobie wmówić, że mamy wybór ograniczony tylko do faszyzmu i liberalnej demokracji. Istnieje wiele różnych pośrednich modeli, choćby bliski mi model republikański. Istnieje też społeczna nauka Kościoła Katolickiego - nic mądrzejszego ponad to, co jest tam napisane, człowiek nie wymyślił. Nie ma bardziej umiarkowanej, wyważonej, a jednocześniej spójnej wykładni sprzyjących wszechstronnemu rozwoju człowieka zasad polityki oraz organizacji społecznej, niż tej zawartej w magisterium Kościoła.
W związku z tym proponowałbym zostawić w spokoju idących w Marszu Niepodległości ONRowców. Po pierwsze jest ich mikroskopijnie mało i są tylko częścią pewnego folkloru politycznego, nie stanowią realnej siły politycznej. Po drugie nawet jeśliby jakimś cudem doszli do władzy, to nie sądzę, aby zaczęli budować obozy koncentracyjne. Po trzecie, ONR-owcy sami nie uważają się za faszystów, a jedynie chrześcijańskich nacjonalistów, a to trochę co innego. Po czwarte, jeśli już wypatrywać jakichś groźnych ideologii, to raczej kolejnych wcieleń i przepoczwarzeń komunizmu. Po piąte, Polska ma dużo ważniejsze problemy do rozwiązania niż grupka pseudofaszystów. Po szóste, o ile nie zgadzam się z ONRowcami i na pewno jestem daleki od nich, to jednak apelowałbym o więcej szacunku dla samego szyldu - wszak wielu przedwojennych działaczy ONR ginęło w niemieckich obozach, także za pomoc Żydom. Świat nie jest czarno-biały, a jednak mam wrażenie, że niektórzy są tak zawzięci na tych rzekomych "nazistów", jakby oczekiwali, że min. Brudziński osobiście ich poćwiartuje, a jeśli tego nie zrobi, to będą twierdzić, że "rząd sprzyja nazistom".
Nie chodzi tu zatem o żadną walkę z "nazizmem" tylko PiS-em, bo to PiS jest największym zagrożeniem dla hegemonii "liberalnych demokratów".
Jacek Jakubiec @ 31.2.112.*
wysłany: 2018-11-17 17:06
Dziękuję Panu Wieńczysławowi. Tyleż za imponujące rozmiary tego opus magnum, co - zwłaszcza !!! - za klarowny wywód w sferze meta-polityki. Bardzo przekonująca, a na użytek tego tutaj dyskursu - bardzo potrzebna łopatologia!
Jako kolega blogowy a także sąsiad i dobry znajomy Pawła z Czarnoleskiej powinienem się tu jakoś za nim ująć, ale w sferze racji i argumentów - miałbym z tym pewien problem. Więc może, Szanowny Pawle, sam zechcesz tutaj pogwarzyć z Wieńczysławem? Zapraszam !
Wieńczysław @ 176.114.235.*
wysłany: 2018-11-17 19:48
Niestety Pan Kucharski uważa mnie za szkodliwego durnia i pisowskiego propagandziora, ponieważ odmawiam mu patriotyzmu i na siłę staram się zrobić z niego Niemca albo volksdeutscha. Na jego blogu też w ostry i nieprzyjemny dla niego sposób krytykuję wypisywane przez niego stwierdzenia. Dlatego wątpię, czy będzie miał ochotę odpowiedzieć na mój tekst.
Ostatnio popełniłem podobną elukubrację na temat relacji między niepodległością Polski, a obecnością w Unii Europejskiej, ale została ona skasowana, oficjalnie z takiego powodu, iż zawierała "pisowską propagandę". No cóż, muszę bardziej się pilnować, żeby przypadkiem nie napisać niczego zgodnego z linią Partii.
Nie chcę rozwijać wątku Pana Kucharskiego i moich licznych wobec niego zarzutów, dotyczących kwestii fundamentalnych. Różni mnie też z nim także to, że Pan Kucharski na swoim blogu lubuje się w rozważaniach "kto kogo", opierając się w większej mierze na swoich wyobrażeniach i przypuszczeniach tworzy różne dziwne teorie dotyczące wzajemnych, zakulisowych relacji i intryg toczonych między politykami. Jego interesuje polityka stricte partyjna, opisywana przez niego jako istny zwierzyniec. Mnie to raczej nudzi. Rzeczywiście wolę czytać i czasami pisać o różnych zagadnienia metapolitycznych, bo to one są ważniejsze dla rozwoju Polski, niż to, na co liczył Schetyna układając tak a nie inaczej listy albo że "Kaczyński zebrał całą pulę", cokolwiek by to miało znaczyć. Taki sposób pisania o polityce jest zresztą dla mnie poniekąd szkodliwy, dlatego że zniechęca do polityki, obrzydza ją. A ja myślę o tym na sposób republikański.
Buniek @ 176.111.153.*
wysłany: 2018-11-17 23:25
Panie Jacku odpiszę panu później a teraz pozwolę sobie na krytykę poglądów pana Wieńczysława, który w swej ignorancji cytuje swojego idola Lenina w kwestii pojęcia "dyktatury proletariatu". Otóż Marx faktycznie jest twórcą tego pojęcia ale on rzecz rozumiał zupełnie inaczej. Co ciekawe historia przyznała mu rację. Otóż w 1875 roku napisał " Między społeczeństwem kapitalistycznym, a komunistycznym leży okres rewolucyjnego przeobrażenia jednego w drugie. Odpowiednikiem okresu tego jest polityczny okres przejściowy, a państwo tego okresu nie może być niczym innym jak rewolucyjną dyktaturą proletariatu”. Lenin wykorzystał słowa sławnego uczonego by stworzyć swoją jak wiadomo działającą ideologię opartą na "dyktaturze proletariatu". Marks zmarł i jego poglądy, bo jak wiadomo jego dziełem interesowano się w tej kwestii wyjaśnił Engels w 1891 roku słowami "„Republika demokratyczna jest specyficzną formą dyktatury proletariatu”. Wtedy tzn. w latach 80-tych wszyscy (Marx też) czuli, że w Europie nastąpią gwałtowne zmiany i faktycznie wybuchła I Wojna Światowa. Monarchie upadły i prawie wszędzie doszli do władzy ludzie których popierały stany niższe. W Polsce to Daszyński, Moraczewski, Witos i Piłsudski, którzy byli przecież tylko przedstawicielami mas które to ich popierały. To właśnie ci ludzie wpłynęli w znacznym stopniu na naszą pierwszą wdrożoną w życie Konstytucję. Zatem było tak jak Marx przewidział.
Jacek Jakubiec @ 31.2.112.*
wysłany: 2018-11-18 10:01
OK, czekam.
I mam nadzieję, że uzasadni Pan i rozwinie swoją ocenę tekstu Szomburga, że jest "tragicznie miałki". Tego, co Pan napisał 12.11. g. 20:01, albo "nie kumam", albo - jeżeli jednak zrozumiałem - to się z Panem fundamentalnie nie zgadzam.
Wieńczysław @ 176.114.235.*
wysłany: 2018-11-18 13:31
"ignorancji cytuje swojego idola Lenina "
Po pierwsze nie cytowałem Lenina, a po drugie nie jest on moim idolem.
A skoro jak Pan piszesz, Lenin "wykorzystał słowa sławnego uczonego by stworzyć swoją jak wiadomo działającą ideologię opartą na "dyktaturze proletariatu" i "stało się tak jak Marks przewidział", to dlaczego wcześniej napisał Pan, że Lenin "rzecz rozumiał zupełnie inaczej"?
Z Pańskich słów jasno wynika, że Lenin rzecz rozumiał tak, jak zostało to opisane w dziełach Marksa, tak więc sam Pan sobie zaprzecza.
Wieńczysław @ 176.114.235.*
wysłany: 2018-11-24 10:19
Jak to jest, że podobno Kaczyński jest dyktatorem, steruje osobiście wszystkimi urzędnikami, a od wejścia w życie reformy sądownictwa - także sądami, a mimo to w procesie, w którym to on pozywa Wałęsę, jest przesłuchiwany 3h na stojąco, a pozwany Wałęsa - pół godziny? Jak to jest, że "dyktator" Kaczyński jest przez sędziów dociskany o różne sprawy intymne, dotyczące jego żałoby po katastrofie smoleńskiej, a Wałęsa podtrzymuje wszystkie swoje obraźliwe kłamstwa i pozwala sobie na serię dalszych kalumni i potwarzy kierowanych wobec Kaczyńskiego; sędziom oświadcza, że nie będzie odpowiadał na pytania ani niczego komentował, a ci potulnie się na to zgadzają.
To jak jest w końcu? Żyjemy w dyktaturze kaczystowskiej, czy może KOD-owsko-Wałęsowskiej, gdzie sędzia chodzi sobie w koszulce "Konstytucja", wyraźnie ujawniając swoje proPOwskie poglądy? Sądzę, że w tym procesie wobec Wałęsy nie zostaną zasądzone żadne środki, nawet przeprosiny, gdyż po prostu sędzia Weronika Klawonn z nim sympatyzuje, głosuje na partie opozycyjne, a Kaczyńskiego nienawidzi. To jest choroba, na którą nasze sądownictwo cierpi od mniej więcej 1939r., wraz z nadejściem okupacji. Skończyła się wtedy u nas cywilizacja zachodnia z charakterystyczną dla niej równością wszystkich wobec prawa, a nadeszła cywilizacja turańska ze świętymi krowami. Dzisiejsza dobra zmiana polega tylko na tym, że wszyscy możemy tę farsę ze szczegółami oglądać w TV i uświadomić sobie, w jakim punkcie jesteśmy.
Jacek Jakubiec @ 46.169.90.*
wysłany: 2018-11-24 12:01
Jedynie pozytywne jest to, że poszło w naród na żywo w telewizyjnym przekazie. Każdy mógł zobaczyć i porównać klasę obydwu panów. W kulturze zachowania, w obyczajach i standardach pro-państwowości dzielą ich lata świetlne! Wałęsa był kiedyś moim idolem. Ale to było i minęło. Nie pojmuję tych przedstawicieli polskiej kultury, którzy nadal wspierają dzisiejszego Wałęsę...
Buniek @ 176.111.153.*
wysłany: 2018-11-26 18:38
Panie Jacku, ten wpis dotyczy poglądów ulubionego przez pana profesora. Przeczytałem ten tekst parę razy i nie poczułem odniesienia do rzeczywistości. Mieszkamy na terenach tzw. "ziem odzyskanych" i wśród moich znajomych mam ludzi, których dziadkowie należeli do różnych warstw społecznych II RP. W tekście poruszono pojęcie etosu i odwoływanie się do zamierzchłej historii. Z kolegą "szlachciurą" (ma takie papiery i się tym chwali) dyskutowaliśmy by znaleźć między nami różnice. Wszyscy, tzn. ja i on oraz nasze żony nie wiemy do jakiego etosu mamy się zaliczyć. Mamy absolutnie wszystko wśród naszych przodków. Zatem, moim zdaniem pan profesor się myli i my ukształtowani jesteśmy przez naszą prywatną, a nie już zamierzchłą, przedwojenną rodzinną historię. Co do idei partnerskiej i wspólnoty obywateli nikogo nie trzeba przekonywać, bo wszyscy są za. Problem jak zwykle jest w szczegółach, bo jakoś tak wychodzi, że pomysły na to są różne. Teraz np. panie Jacku ma władzę grupa, która robi Podle i Skundla ludzi. Martwię się, bo ta podłość może przynieść gorzkie owoce nam wszystkim. Historię pisze się od nowa i zmyśla wierutne bzdury i właśnie tego uczy dzieci w szkołach. Pomniki się nawet stawia i ulice nazywa, na siłę i jakoś dziwnie. Zresztą pomniki też dziwne i brzydkie. W mediach też podle i zdecydowany podział. Na stałe musimy akceptować tzw. "fejk niusy" i "hejt", a także dyskryminację polityków, a więc i informacji. Dlatego to nie etos, a po prostu pech albo szczęście decyduje o tym co kto słucha i ogląda, a więc jakie ma poglądy. Moim zdaniem gdy ktoś jest poddany indoktrynacji czyli właśnie wspomnianym fejkom, hejtom i dyskryminacji informacyjnej to ulega i trwa w jakiejś bańce. Nie jesteśmy w stanie jako społeczeństwo wyrwać się ponad te bańki i tekst pańskiego profesora nic nie wnosi tylko konserwuje niesprawiedliwą rzeczywistość przewagi medialnej i siłowej tzw. "pisdzielców" (bo chyba co do wzmożenia podziałów za czasów PIS to się wszyscy zgadzamy) utrzymywaną za pieniądze podatnika z naruszeniem dobrych obyczajów politycznych. Bo właśnie dobre obyczaje polityczne, a więc takie, które przynoszą dobrobyt rozwiniętym społeczeństwom zostały sponiewierane nie tylko słowami: "kanalie, gorszy sort, zabiliście mi brata" itd. "Kłamstwo smoleńskie" przechyliło szalę zwycięstwa wyborczego. Dlaczego się udało? Bo w RM i TV T. można ten "hejt" i "fejk" uprawiać do woli, a w razie protestów to mamy tzw. obrazę uczuć religijnych (tych czujących inaczej można obrażać do woli i żadne prawa ich nie chronią). Wiemy od biskupa Pieronka, że te rozgłośnie rozkwitły dzięki pieniądzom ze wschodu i wiemy, że tym ze wschodu nie zależy byśmy jako naród byli zjednoczeni i żyli w zgodzie z innymi krajami, szczególnie tymi na zachód od nas! Ponadto, po przejęciu władzy czystki w mediach publicznych oraz resortach siłowych spowodowały zarówno zamianę mediów publicznych w media partyjne jak i efekt mrożący polegający na powszechnej świadomości systemu składającego się z: służb, które mogą sfabrykować bezkarnie dowolne dowody przeciwko każdemu, prokuratorom, które mogą każdego bezkarnie oskarżyć o wszystko. Walka o to aby ten system został domknięty i by sądy też działały na polecenie partyjne wciąż trwa. Panie Jacku, co na to pański profesor? Czy taki system prawny przyniesie upragnioną zgodę czy raczej pogłębi podział?
JJ:
Teraz tylko uwaga: kilkakrotnie pisze Pan o "profesorze". O kogo chodzi? Bo Jan Szomburg to tęgi intelektualista, ma doktorat, ale to nie profesura...
Buniek @ 176.111.153.*
wysłany: 2018-11-26 18:40
Panie Wieńczysławie pisze pan o Leninie, że on rozumiał rzecz tak jak Marx. Nikt nie myśli tak samo! Historycy w tej kwestii są zgodni, każdy może nauki Marksa rozumieć, a więc i wyciągać wnioski jak mu wygodnie. Lenin wyciągnął wnioski odpowiednie dla zdobycia i utrzymania władzy w Rosji. Stworzył system władzy mający zarówno warstwę ideologiczną opartą o wiedzę Marksa jak i stronę praktyczną wynikającą z doświadczeń osób ją tworzących ale z Marksem nie mających nic wspólnego. Na pewno stosowano agresywną propagandę, a policja, prokuratura oraz sądy były w ręku jednej tzw. bolszewickiej partii by stosować tzw. "selektywną sprawiedliwość". Mi osobiście obecna Totalna Vizualna Propaganda oraz przejawy jakże "selektywnej sprawiedliwości" w postaci setek spraw przeciwko osobom, którym obecna władza się nie podoba i jednocześnie pobłażanie swoim, bardzo przypomina czasy słusznie minione.
Buniek @ 176.111.153.*
wysłany: 2018-11-26 18:42
Panie Wieńczysław kupuję: "nadeszła cywilizacja turańska ze świętymi krowami."
Buniek @ 176.111.153.*
wysłany: 2018-11-26 18:52
Pan Wieńczysław poruszył po raz kolejny temat "kłamstwa smoleńskiego" bo trafia przed sąd sprawa w postaci sporu dwóch starszych polityków - kiedyś przyjaciół. Jeden z nich nosi w klapie "Matkę Boską", a za to, że nazywa się go "bolek" czego bardzo nie lubi, oskarżył drugiego, że ten ma coś wspólnego z przyczynami katastrofy lotniczej/zbrodni (wybrać właściwe). Przez wiele lat za ciężkie pieniądze próbowano zebrać materiał by udowodnić, że tam jakaś zbrodnia była, a nie wypadek i to właśnie nazwano "kłamstwem smoleńskim". (Jak na razie, się nie udało, ale wszystko przed nami, bo system pozwala teraz gdy zebrać dowodów się nie uda, można fabrykować!) Zatem teraz w sądzie będzie tylko wersja: "wypadek lotniczy", czyli na razie, kłamali ci twierdzili, że to zbrodnia. Ponieważ to wypadek lotniczy to i powołano komisję, a oprócz tego cały czas prokuratura zbiera/fabrykuje (wybrać właściwe). Komisja ustaliła, że pilot leciał bardzo nisko, bo we mgle szukał lotniska i uderzył w drzewa w lesie, a samolot się rozleciał w kawałki i nikt nie przeżył. Komisja zasugerowała, że szef tego pilota był w kabinie i pozwolił na to by ten świadomie złamał zakaz latania poniżej 200 metrów bez widoczności ziemi. Pozostaje pytanie kto zmusił tego szefa i kto zmusił szefa tego szefa by tego pilota zmusili do łamania oczywistych dla lotnika i pisanych krwią innych lotników zasad? Za to, że ten starszy były polityk pośpieszył z odpowiedzią trafił pod sąd. Pytanie za co? Za to, że pytał, czy za to, że odpowiedział? Sąd ma rozstrzygnąć czy zastosować jakiś fortel prawniczy by sędziny obecne władze jakoś nie sponiewierały? Nagonka i wszechwładza już teraz spowodowały, że nawet pan Wieńczysław poznęcał się nad sędziną za koszulkę z napisem Konstytucja. A co jest złego w tym słowie? Połowa społeczeństwa uznaje, że 13 artykułów tej Konstytucji jest łamanych i kilkaset osób sobie w takich koszulkach chodzi. Dla tych ludzi Konstytucja jest ważna i dla tej sędziny też, zatem powinniśmy się z tego cieszyć. Rozumiem, że pan Wieńczysław wolałby aby to KTOŚ był, źródłem praw wszelakich. Ale, tak w historii bywało i źle się kończyło! Dla tego lepiej aby Konstytucja była przestrzegana.
Buniek @ 176.111.153.*
wysłany: 2018-11-26 23:30
Panie Jacku co jest złego w nazwaniu pracownika naukowego profesorem? Przecież to nie obraża! Pan Szomburg zajmuje się nauką i bada jakieś zjawiska, ba nawet dzieła naukowe tworzy. Oczywiście działalność takich osób jest bardzo ważna. Każdy z nas potrzebuje ciągłej edukacji i warto takie prace ludzi nauki czytać. Tylko, że mądre wnioski i mądre słowa można wykorzystać na opak, co staram się dowieść w naszej dyskusji o Marksie panu Wieńczysławowi.
Pozwolę sobie zacytować pana profesora: "Ogromną rolę w tworzeniu tych pomostów odgrywa język. Aby mogła zaistnieć prawdziwa wymiana idei, doświadczeń i perspektyw, musimy się posługiwać zrozumiałym dla wszystkich i empatycznym językiem. To ważne, aby był to język, który buduje również pomosty emocjonalne, język pozytywnego nastawienia. Jeśli w wypowiedzi pojawiają się drażniące, dotykające naszej wrażliwości sformułowania, jeśli czujemy w nich wyższość albo wręcz pogardę – zamykamy się na cały przekaz, nawet jeżeli w swej warstwie merytorycznej ma on dużą wartość."
W tym kontekście, chyba jasnym jest, że wystąpienie do części społeczeństwa zaczynające się od: "kanalie, itd" nie służy budowaniu pomostów ale murów i jeżeli to mówi świadomy swoich działań polityk, to właśnie o to mu chodzi! Budowanie systemu "selektywnej sprawiedliwości", opartego na nepotyzmie i kolesiostwie, wspartego "selektywnym dziennikarstwem" i jednocześnie słodzenie mądrymi słowami, właśnie profesorskimi, skierowanymi do innej części społeczeństwa, przypomina mi to co robiono kiedyś ze słowami Marksa. Niektórzy już mają nawet propozycję nazwy powstającego ustroju: "kłamczyzm".
Jacek Jakubiec @ 31.1.34.*
wysłany: 2018-11-27 09:46
Pan Buniek odpalił salwę komentarzy, ale dopiero w ostatnim zbliża się do wątku, na który czekałem. Czyli do jego oceny - miałkich, jak to zakwalifikował - wywodów Szomburga. Już myślałem, że się nie doczekam, bo wyglądało na to, że Pan Buniek ma głównie potrzebę dowalania Panu Wieńczysławowi. Słabe! Tematu: czy Szomburg ma rację czy nie, nie wygaszajmy! Wart jest solidnego podrążenia i mam zamiar go kontynuować.
Na ten moment pozwolę sobie podziękować Panu Buńkowi za przywołanie z eseju Szomburga jednego, rzekłbym kluczowego!, słowa "p o g a r d a". Znakomity tercet solidarnościowych bardów Gintrowski-Kaczmarski-Łapiński nie żyje i już się nie dowiem, po której stronie w dzisiejszej, tak głupiej i niepotrzebnej wojnie polsko-polskiej by się opowiedzieli. Ale to, co - także dziś, a może zwłaszcza dziś! - mają Polakom do powiedzenia zawarli w poruszającej "Modlitwie o wschodzie słońca". Fighterzy morderczych zmagań, i to z jednych i drugich okopów, powinni stale o wschodzie słońca, puszczać sobie frazę "ale chroń mnie od nienawiści i od pogardy mnie zachowaj". Czy jakoś tak...
Niby proste, niby oczywiste, a jakież niewyobrażalnie trudne...
Buniek @ 176.111.153.*
wysłany: 2018-11-28 23:45
Panie Jacku zaczął pan wpis profesorski i jak zwykle nawalanka się pojawiła i co ciekawe pańskie westchnienie z tęsknotą do normalności. Jednocześnie pański profesor apeluje o lokalność jako metodę na podziały tam na górze. W związku z tym przypomnę moje wpisy zamierzchłe i pańską odpowiedź, (proszę o ich cenzorskie skrócenie, by czytelnicy nie stracili wątku) by zapytać dlaczego ten temat nie znalazł się w kampanii wyborczej do samorządów? No, i co na to pański profesor by powiedział?
Buniek @ 176.111.152.* wysłany: 2016-08-30 23:15
Szanowny Panie Jacku, moim zdaniem, bardzo ciekawy tekst m.in. o historii JG, ale i o przewrotności losu, zmienił się w pretekst do normalnego w obecnych czasach okładania się wyzwiskami między w skrócie ujmując lewakami i naziolami (chyba że kimś jeszcze, ale i tak tych podziałów nie rozumiem i nawet nie chcę rozumieć). Dla mnie interesujące w pańskim tekście było to, że tak wiele planów "bierze w łeb" i życie, a tym samym postrzegana przez nas rzeczywistość/prawda jest zawsze inne niż tego oczekujemy. W związku z powyższym, czy mógłby Pan zachować się troszkę niedzisiejszo i zamiast ulegać nastrojowi nierozstrzygalnego sporu, użyczyć nam swojego doświadczenie urbanisty i odpowiedzieć na zadane już pytania? Miała być obwodnica północna, a stała się trasą średnicową (czy tak zakładano?). Teraz mamy plany obwodnicy południowej i obwodnicy Maciejowej. Ciekawe co z tego wyjdzie? Uzdrowiska nie dobiła Celwiskoza, ale chyba załatwi "niska emisja"? Na moje wyczucie ludzi w kotlinie nie przebyło ale jakoś tak mieszkańcy miasta się po okolicznych wioskach rozlali budując mniej lub bardziej uroczo i chaotycznie. Czy to razi urbanistę? Skoro już chyba większość okolicznych wiosek to byli jeleniogórzanie to czy oni rzeczywiście potrzebują tych administracji gminnych, wójtów, sołtysów, dożynek, itp.? Czy możliwa jest jedna duża wspólna administracja?
Jacek Jakubiec @ 37.248.45.*wysłany: 2016-08-31 12:43
Buńkowi w odpowiedzi.
Okładaniu się tu wyzwiskami zamierzam postawić tamę.
Deczko cierpliwości...
Pytania, które Pan do mnie kieruje prosiłyby się o wnikliwe potraktowanie.
Ale w skrócie :
1) Nie było mnie tu jeszcze, gdy obwodnica północna była już realizowana. Tego, że stanie się trasą średnicową być może nie zakładano, tym niemniej należało się z tym liczyć. Tylko autostrady da się utrzymać jako szlaki w pełni autonomiczne a i one, o trasach DRS (drogi ruchu szybkiego) nie mówiąc, mają siłę przyciągania inwestycji, generowania tkanki budowlanej, którą stopniowo, wolniej czy szybciej obrastają. Nie zawsze jest to dobre. Dobry plan zagospodarowania przestrzennego oraz jego skuteczne egzekwowanie powinny zapobiegać negatywnym tego skutkom, a co najmniej je redukować.
Powinno to dotyczyć także tzw. "obwodnic" jeszcze tu planowanych.
2) Ubytek mieszkańców Jeleniej Góry i ich przepływ do gmin otaczających, które kosztem stolicy pęcznieją, to zjawisko znane na świecie. Miałem okazję badać je w latach 70-tych będąc na rocznym stażu w Urzędzie Planowania Miasta Hanower. To duże, półmilionowe miasto, stolica Dolnej Saksonii, partner naszego Poznania (także miasto targowe, podobna skala) właśnie taki exodus przeżywało. Rodziło to szereg komplikacji, choćby w sferze dobrej obsługi w zakresie infrastruktury komunalnej i transportowej. Tamtejsi politycy i planiści znaleźli na to sposób powołując byt pod nazwą Grossraum-Verband Hannover (w wolnym tłumaczeniu: związek aglomeracji Hanoweru), jako formę współdziałania samorządów tego miasta oraz gmin otaczających. To znakomicie usprawniało np. koordynację, planowanie i wdrażanie systemów transportu zbiorowego. Tu, w Kotlinie Jeleniogórskiej problemy te załatwiłoby połączenie miasta i powiatu w jeden organizm samorządowy. Tymczasem nawet przystąpienie Jeleniej Góry do Związku Gmin Karkonoskich jakoś nie ma zbyt wielu zwolenników. To trochę tak, jak z ideą Uniwersytetu Karkonoskiego. Wolimy mieć - nikogo nie urażając - drobnicę w postaci kilku uczelni, niż podjąć trud utworzenia mocnej akademickiej placówki z większymi ambicjami.
A marzyła się tu przecież niektórym nasza polska Dolina Krzemowa...
Pozdrawiam !
Buniek @ 176.111.152.*
wysłany: 2016-08-31 23:52
W pełni podzielam opinię "Tu, w Kotlinie Jeleniogórskiej problemy te załatwiłoby połączenie miasta i powiatu w jeden organizm samorządowy" i dziękuję, że pan to tak jasno napisał. Patrząc na mapę Jeleniej Góry nie mogę się nadziwić jak to się stało, że Osiedle Łomnickie jest w mieście, a po drugiej strony ulicy jest wieś Łomnica, która ostatnio wybujała wieloma domkami jednorodzinnymi Łomniczano-Jeleniogórzan. Kto tam ma mieszkańcom wybudować chodnik i remontować (same dziury) ulicę? Zresztą, te domki to i za torami kolejowymi, które teraz nasz lokalny poseł do sejmiku chce na nowo ożywić ruchem kolejowym. Oczywiście z powodu tych domków pociąg zgodnie z przepisami to max 20km/h (no chyba, że rogatki postawią ale wtedy chyba razy trzy). Czy potrafi Pan wyjaśnić zamiary planistów w tym względzie? Czy ktoś z mieszkańców tego osiedla opisze tu swoją sytuację?
JJ:
Jeśli dobrze rozumiem to w pierwszej kwestii chodziłoby może o ewentualne korekty granicy pomiędzy gminami Jelenia Góra i Mysłakowice. Ale i w takim i w tym obecnym stanie rzeczy potrzeby mieszkańców (np. zrobić chodnik) mają przecież swojego adresata. Czyż nie?
Co do ożywienia ruchu kolejowego, czego heroldem jest dziś dr Marek Obrębalski (Sejmik Dolnośląski), to JESTEM ZDECYDOWANIE ZA TYM! Taka opcja była zresztą zapisana (bez detali) w opracowanym pod moim kierunkiem planie ogólnym Jeleniej Góry z roku 1977. Ale to było bez mała 40 lat temu. Obecnych zamiarów planistów odnośnie konkretnych rozwiązań związanych z reaktywowaniem kolei nie będę wyjaśniał, bo ich nie znam.
Jacek Jakubiec @ 31.1.34.*
wysłany: 2018-11-30 12:39
1).
Uparł się Pan z tym profesorem. Może to i dobra wróżba dla Jana Szomburga, choć pojęcia nie mam, czy jego akurat rajcuje tęsknota do profesury? On ma własny, oryginalny, może nawet ciekawszy świat. Facet od lat robi znakomitą robotę kreując i animując najprawdziwszy, choć po części wirtualny, ale przecież nie wydmuszkowy - obywatelski think-tank. Wielka szkoda, że praktycznie nie popularyzowany przez media głównego nurtu. Poza "Rzeczpospolitą" a i ona tylko incydentalnie...
2)
Przywołał Pan fragment mailowego dyskursu sprzed dwóch lat. Niewiele mam tu dziś do dodania...
3)
Zahaczył Pan o wątek bardziej dziś zasługujący na głębszą refleksję. Z pogranicza... hmm... psychologii, aksjologii, traumatologii i jak to jeszcze określić... Moje "westchnienie za tęsknotą do normalności", i to w kontekście przywołanego songu trzech bardów (dla niezorientowanych o czym mowa -> link z YouTube:
https://www.youtube.com/watch?v=ooOFIMVFET0 ) sam poddałem pewnej weryfikacji. Modli się trójka śpiewaków do Pana Boga. Pięknie! Modlitwa ma imię i nazwisko. To autor tekstu, przywołany na początku występu przez Kaczmarskiego. Niewielkiego tekstu, który oni tylko opatrzyli melodią.
No i jest się nad czym zadumać...
Mnie np. opadła wątpliwość wręcz fundamentalna! Bo o obronę przed c z y j ą to nienawiścią i pogardą prosi Pana Boga autor/proszą bardowie? Czy tych, którzy im tą pogardą, tą nienawiścią, albo czymś jeszcze gorszym, zagrażają lub mogą zagrozić? Czy... przed pogardą i nienawiścią jaka może lęgnąć się w jego - autora tekstu, śpiewającego barda, czy wręcz w moim własnym sercu i własnej duszy? To dwie, "wykładnie" tego co słyszymy w tym poruszającym songu. Obydwie uprawnione!
Ta druga, że to ja sam mogę moimi skrajnie negatywnymi emocjami zagrażać innym, ma bezpośrednie odniesienie do nauczania chrystusowego o miłowaniu nieprzyjaciół swoich, nadstawianiu drugiego policzka i zwyciężania zła ofiarnym dobrem.
Ale i ta druga interpretacja ma tu rację bytu. Nie wiem czy autor tego tekstu, Natan Tenenbaum żyje, ale to jego należałoby prosić o komentarz. Jako Polak "niearyjskiego" pochodzenia boleśnie doświadczył obrzydliwej pogardy. Stał się ofiarą opresji na fali antysemickiej paranoi gomułkowskiego aparatu. On bardziej niż ktoś inny, wie o czym mówi, o co się tak strzeliście modli o wschodzie słońca. Ale czy tylko to miał na myśli? Swoją własną krzywdę i traumę? Czy może chciał głębiej wejść w polskie dusze i w ludzkie, także te niedobre i mroczne, skłonności?
Jeżeli kolejne Obywatelskie Kongresy, są - przy całym bogactwie ich merytorycznych treści - wielkim wołaniem o obniżenie poziomu adrenaliny w polsko-polskich nawalankach, o maksimum rzeczowości oraz kultury dyskursu, to trudno się za tym nie opowiadać.
Panie Buniek, jeżeli ja tęsknię do normalności, to właśnie do takiej...
Bohaterem narodowym powinniśmy uczynić i ozłocić tego, kto sprawi, że my Polacy zaczniemy ze sobą rozmawiać jak ludzie.
Wieńczysław @ 176.114.235.*
wysłany: 2018-12-06 17:32
No i zapadł wyrok ws. Kaczyński - Wałęsa. Ponieważ generalnie nie jestem za karaniem za słowa, to wyrok - przeprosiny w mediach - uważam za salomonowy. Natomiast pani sędzia Klawonn nie omieszkała wygłosić płomiennego przemówienia antypisowskiego. Marnuje się w tej todze, a mogłaby np. pisać teksty na łamach GW.
JJ:
Szkoda, że się z nim nie wybrała do USA na uroczystości pogrzebowe G.W.Busha seniora. To byłaby ładna para: obydwoje w t-shirtach z napisem KONSTYTUCJA.
Jacek Jakubiec @ 5.60.39.*
wysłany: 2018-12-08 13:06
Skoro o narodowych bohaterach - także tych ponad miarę głośnych - mowa:
W salonach prasowych i EMPIK-ach można nabyć BIULETYN IPN z podtytułem „Pismo o najnowszej historii Polski”. Listopadowy (11/2018) numer, poświęcony - co zrozumiałe - rocznicy odzyskania niepodległości. Polecam go. Także z pobudek osobistych. Znalazł się tam artykuł Tadeusza Zycha p/t „Narodziny Niepodległej w pamiętniku wójta Słomki”. Pisałem tu już o nim. Jan Słomka, chłop pozytywista, postać nietuzinkowa, autor znanych przed wojną „Pamiętników włościanina od pańszczyzny do dni dzisiejszych” (I wyd. 1912 r.), był przez niemal pół wieku wójtem Dzikowa (dziś to część Tarnobrzega). A poza tym był to w najprostszej linii mój „po kądzieli” pradziadek.
Przytoczę fragment artykułu T. Zycha.
„(…) W marcu 1918 r. w Tarnobrzegu miał miejsce epizod, który był zapowiedzią nadciągającej wolności. Bezpośrednim jego katalizatorem był pokój brzeski, zawarty między państwami centralnymi a Ukraińską Republiką Ludowa, powszechnie uznany za czwarty rozbiór Polski. Przeciwko jego postanowieniom protestowano w różnych miejscach, również w Tarnobrzegu. Słomka wspominał: „Zgromadziło się kilka tysięcy narodu z całego powiatu. Przemawiali przewodniczący zgromadzenia inż. Jan Bochniak, b. poseł Wojciech Wiącek, dyrektorka szkoły powszechnej Helena Weissowa i wszyscy wymownie i jednogłośnie potępiali nieuczciwe zachowanie się mocarstw zaborczych względem Polski. Na ostatku poprosiłem i ja o głos i przemówiłem do zgromadzonych w te słowa: > Bracia i siostry! Łączę się razem z wami do ogólnego protestu i piętnuję jak najmocniej zdradliwe postąpienie naszych zaborców w sprawie polskiej. Było to przed laty, że rząd austriacki przyznał mi odznaczenie, tj. krzyż zasługi za długoletnie sprawowanie wójtostwa. Wówczas ja odznaczenie to przyjąłem, wierząc święcie w życzliwość Austrii dla narodu polskiego i do dziś dnia je nosiłem. Skoro jednak do tego doszło, że ten sam rząd, który mi odznaczenie przyznał, wyrządza taką niesłychana krzywdę narodowi polskiemu, że zamiast nam Polskę oddać, to ją jeszcze dzieli na mniejsze kawałki, przeto hańbą byłoby dla mnie dłużej takie odznaczenie nosić. Odrzucam je więc i zwracam temu rządowi, od którego pochodzi.< Przy tych słowach wobec całego zgromadzenia medal od kożucha oderwałem i wręczyłem przewodniczącemu zgromadzenia z prośbą o zwrócenie go do Wiednia. Przebieg zgromadzenia wywarł na zebranych wielkie wrażenie, wśród podniosłego nastroju uchwalono protest przeciwko oderwaniu Chełmszczyzny i Podlasia od Polski (...)”.
Jak słusznie pisze autor artykułu - „Swym gestem Słomka w symboliczny sposób zrywał służbę dla zaborcy, która jednak tak naprawdę była służbą dla lokalnej społeczności”.
Wieńczysław @ 176.114.235.*
wysłany: 2018-12-08 16:39
Panie Jacku, muszę przyznać, że kiedy przełączam okno przeglądarki z bloga p. Kucharskiego na Pański blog, mam nieodparte wrażenie obcowania nie tyle z rzeczywistościami równoległymi, co z liniami prostopadłymi, których jedynym wspólnym punktem jest owa platforma blogowa, a każdy następny punkt jest już coraz dalej, aż do nieskończoności.
Ta opowieść sprzed 100 lat jest wzruszająca w swojej prostocie i pokazująca coś, czego dzisiaj bardzo brakuje: elementarnych wartości, w tym przywiązania do swojej ziemi, do swojej ojczyzny. Kto dzisiaj myśli w ten sposób?
Nie chcę w tym miejscu jakoś szczególnie atakować p. Kucharskiego, bo wiem, że nie życzy pan sobie tutaj awantur, natomiast podkreślę, iż mam wrażenie, że nasz obóz, a obóz p. Kucharskiego oraz p. Buńka, to są dwie zupełnie odrębne cywilizacje.
Kiedy czytam wynurzenia p. Buńka na temat rzekomej odpowiedzialności Kaczyńskiego za katastrofę, sugestie, jakoby w rozmowie przez telefon satelitarny miał wydawać polecenia, aby za wszelką cenę wylądować, to doprawdy nie wiem jak to można traktować?
Przypomina mi się niedawna książka prof. Marka Cichockiego "Północ i południe" i po lekturze niektórych wypowiedzi obu panów dociera do mnie, jak bardzo brakuje nam dziś opisywanej przez prof. Cichockiego rzymskiej formy. Jest to pewien utracony skarb, a czy zostanie kiedyś przywrócony, zależy tylko od nas i od przyszłych pokoleń..
Wieńczysław @ 176.114.235.*
wysłany: 2018-12-08 22:58
Jestem daleki od tego, by obrażać pana Kucharskiego, absolutnie nie jest to moim celem i mam nadzieję, że w oczach jego zwolenników nie powstanie takie wrażenie. Choć nie ukrywam, że dyskusja z nim jest naprawdę niesamowita i powodująca we mnie poczucie niesłychanego wręcz zdumienia. Zastanawiam się często, jak to jest możliwe, że ktoś pisze takie rzeczy i czy robi to naprawdę będąc przekonanym o prawdziwości swoich słów, czy może kryje się za tym jeszcze jakieś drugie dno?
Próbuję to po prostu zrozumieć. Nie chcę z góry przypisywać komuś złych intencji czy robić z kogoś potwora, ale po prostu zastanawiam się - jak to jest, że Pan Jacek Jakubiec przytacza całkiem wzruszające opowieści sprzed lat z przewijającym się, a dawno już zapomnianym określeniem "sprawa polska", a pan Kucharski, gdy np. kiedykolwiek czyta z mojej strony wypowiedzi o potrzebie wsłuchiwania się w głos "zwykłych ludzi", np. chłopów właśnie (dokładnie takich jak z tej opowieści!) potrafi odpisać: "rządy robotników i chłopów już braliśmy!"
Niezależnie od innych różnic między dwiema Polskami, ta jedna wydaje mi się bardzo widoczna. Zarówno ja, jak i Pan Jacek, jesteśmy raczej przekonani o tym, że Polak - biznesmen z Warszawy oraz Polak - biedny emeryt ze wsi pod Tarnobrzegiem - powinni być traktowani równo, jako pełnoprawni obywatele. Oczywiście może być tak, że zasługi tego pierwszego są większe, że to on bardziej przyczynia się do rozwoju gospodarczego Polski. Zawsze istnieje jakaś elita oraz rzesza ludzi uboższych i nieradzących sobie tak świetnie w życiu. Pytanie, czy normalnym jest to państwo, którego polityka jest ukierunkowana na to, aby bogatym żyło się jeszcze lepiej, a biednym - tak samo, albo jeszcze gorzej.
Ostatnio na YT pojawiły się archiwalne nagrania wiadomości starej telewizji Aval z Jeleniej Góry. Pojawiło się tam wiele reportaży o jeleniogórzanach żyjących podówczas w strasznych warunkach materialnych, w zagrzybionych mieszkaniach. Jakiś bezrobotny (a pamiętamy, jakie było bezrobocie w tamtych czasach, oczywiście bez żadnego związku z reformami Balcerowicza) ojciec kilkorga dzieci opowiadał do kamery, jak w pomocy społecznej nazwano go "wyrzutkiem społeczeństwa". Przecież to jest skandal. Ciekaw jestem, jaka była dalsza historia tego człowieka? Sądzę, że pewnie w końcu wyjechał na Zachód i dzisiaj mieszka w dobrych już warunkach. Pytanie czy gdziekolwiek w kraju, do którego pojechał, np. w Danii, pracownik pomocy społecznej obowiązany do pomocy takim ludziom odważyłby się nazwać swojego współobywatela "wyrzutkiem społeczeństwa"? Miała być solidarność, a jest znieczulica.
Sprzeciw wobec takiego lekceważenia społecznych mas, a także pojedynczych, ubogich ludzi jest ściśle związany z przekonaniem o potrzebie walki o polską niepodległość. Niepodległość jest wartością, ponieważ jesteśmy Polakami, chcemy być nimi, bo dobrze się czujemy w klimacie polskiej kultury, ponieważ odpowiada nam ta tradycja, ta ziemia i ten język i na bazie tego właśnie chcemy budować suwerenne państwo. Jak to pisał wybitny polski patriota Donald Tusk "polskość pozostaje naszym wspólnym, świadomym wyborem".
Co to ma wspólnego z p. Kucharskim? Otóż nie chcę powiedzieć, że pan Kucharski jest kimś stojącym po przeciwległej stronie barykady, tzn. jeśli ja z Panem Jakubcem szanujemy np. Żołnierzy Wyklętych albo kard. Stefana Wyszyńskieg, to automatycznie oznacza, że p. Kucharski jest zwolennikiem Bieruta albo Bermana. Pan Kucharski deklaruje się jako zwolennik T. Mazowieckiego, B. Geremka, A. Michnika i tej ekipy. Przy całej mojej negatywnej ocenie tych postaci, nie stawiam ich na równi z komunistami.
Mam jednak wrażenie, że pan Kucharski swój deklarowany sprzeciw wobec komunizmu traktuje w sposób instrumentalny, tzn. wyraża go tylko wtedy, gdy... trzeba porównać działaczy PiS do komunistów. Pan Kucharski zdaje się wiedzieć, że bolszewizm jest zły, ale ponieważ jednocześnie za największe zło uważa PiS, to mamy już odpowiedź, dlaczego spośród wielu komunistów najczęściej mówi o... prokuratorze Piotrowiczu. Innym czarnym charakterem przewijającym się w jego wypowiedziach jest Władysław Gomułka. Trudno się nie zgodzić - wszak był I sekretarzem w mrocznych czasach komuny. Pytanie dlaczego jako przykład tego najgorszego komunisty podaje właśnie Gomułkę, a nie np. Bieruta? Przecież to za Bieruta zamordowano największą liczbę Polaków, a - ponieważ "historia nie była czarno-biała" - trzeba przyznać, że tow. "Wiesław" był spośród wszystkich pierwszych sekretarzy najmniej sowiecki i starał się na tyle, na ile było to możliwe, prowadzić niezależną od Moskwy politykę i nieraz kierował się autentycznym interesem polskim. Może więc właśnie dlatego jest on tak bardzo nielubiany, że zamiast lekceważyć ten interes, mieć "w głębokim poważaniu" dążenia, aspiracje i poglądy "zwykłych Polaków", którzy są tak godni pogardy, myślał o pomyślności następnych pokoleń?
Pan Kucharski nie lubi komunizmu, bo kojarzy mu się z "rządami robotników i chłopów" i na tym powody tego braku sympatii chyba się kończą. No bo przypomnę jego wypowiedź: "To nie komunizm jest głupi, to ludzie, którzy się za komunistów okrzyknęli, zepsuli - na własny użytek - założenia". A więc nacjonalizacja zakładów produkcyjnych oraz wynikający z tego brak możliwości założenia własnego biznesu to jest dobre założenie, ale zostało źle zinterpretowane przez komunistów.
Pan Kucharski nie lubi komunizmu i wszędzie, gdzie tylko może, czyli w PiSie albo wokół PiS-u, tropi komunistów. Na przykład Jana Pietrzaka nazwał "politrukiem", a Piotrowicza "komunistycznym sługusem". Przynależność do PZPR jest dla niego dyskwalifikująca wśród działaczy PiS-u, ale już niedyskwalifikująca wśród działaczy innych partii oraz wsród tych, którzy zrobili dużo, aby np. esbecy nie stracili comiesięcznego dopływu potężnej gotówki, o której zwykli Polacy, w tym także zasłużeni w walce z komuną, mogą tylko pomarzyć.
Pan Kucharski nie lubi komunistów i dużo mówi o propagandzie komunistycznej, ale ja znalazłem pewien materiał, który tyleż rzuca nowe światło na jego polityczny, mówiąc po staropolsku, background, co zaciemnia sprawę jeszcze bardziej. Otóż jest to krótki jego wywiad dla "Nowin" z cyklu "kwestionariusz banalny", dostępny tutaj:
http://jbc.jelenia-gora.pl/Content/23256/nj_2013_41.pdf
Ten artykuł jest zdumiewający, bo oto już zaczynamy trochę rozumieć, z kim mamy do czynienia. Zaznaczam, że nie chcę powiedzieć, że mamy do czynienia z kolejnym wcieleniem Bieruta, nie twierdzę, że Pan Kucharski jest komunistą, ale można powiedzieć, że wtedy, gdy niektórzy tracili pracę z powodu swojej działalności opozycyjnej, pan Kucharski robił karierę w komunistycznej telewizji, pod okiem niejakiego tow. Mariusza Waltera, tajnego współpracownika SB o ps. "Mewa" i którego nazywa "wspaniałym facetem", podobnie jak Urbana zwykł mawiać "inteligentnym człowiekiem". Tak więc w Polsce mamy tylko dwóch inteligentych ludzi: Jerzego Urbana oraz Kubę Wojewódzkiego, bo tylko o nich słyszę takie opinie.
Drugi zdumiewający fragment to ten, w którym Pan Kucharski odpowiada na pytanie, co by zrobił, gdyby dostał 100 tysięcy złotych. Moja odpowiedź: zainwestowałbym w swój biznes, który jednocześnie przyczyniłby się w jakimś stopniu do rozwoju Polski. Odpowiedź Pana Jacka pewnie byłaby taka, że zainwestowałby w dalsze prace renowacyjne lub wyposażenie Dworu Czarne. Odpowiedź Pana Kucharskiego: "zafundowałbym sobie podróż życia dookoła świata".
Trudno kogoś rozliczać z prywatnych upodobań, ale z drugiej strony jeśli ktoś chce kreować się na osobę opiniotwórczą, która wydaje rekomendacje polskim politykom, jak mają się zachowywać i jakie decyzje podejmować, to trudno nie zadać sobie pytania, jakimi wartościami kieruje się w życiu? Ta odpowiedź niech będzie też odpowiedzią i na to pytanie..
Najbardziej jednak rzucający się w oczy, czy raczej kłujący w te oczy fragment, dotyczy odpowiedzi na pytanie "kogo uczyniłbym królem Polski, gdyby Polska była monarchią". Ja rozumiem, że są osoby, które widzą w tej roli np. Janusza Korwin-Mikkego, który przynajmniej ma dobre inicjały. Ja rozumiem, że ktoś np. uczyniłby królem Mieczysława Wilczka, autora słynnej ustawy wprowadzającej w Polsce wolność gospodarczą. Są fani Kaczyńskiego, są fani Tuska, Mazowieckiego. Zrozumiałbym, gdyby ktoś, kto lokuje swoje sympatie po stronie PRL, wybrałby jakąś jednostkę wybitną, np. Jaruzelskiego. Niektórzy też wymieniają spośród ludzi ze świata sportu, np. Adama Małysza. Ale nie rozumiem, jak można wskazać jako kandydata do polskiego tronu nieżyjącego od prawie 30 lat prof. Stefana Żołkiewskiego? Przecież to jest jakaś zupełna porażka.
Pan Kucharski tak często lubi posługiwać się cytatami z Wikipedii, więc i ja się posłużę. Kim był prof. Żołkiewski? Otóż był on kimś, kogo śmiało można nazwać symbolem upadku polskiej nauki po 1945r. oraz jej sowietyzacji. Jego życiorys to przykład typowego PRL-owskiego "naukowca" w większym stopniu będącego aparatczykiem, który przewinął się przez wszystkie możliwe komunistyczne organizacje, funkcje rządowe i był wielokrotnie odznaczany jako zasłużony dla PRL, czytaj: władzy komunistycznej.
Pan Kucharski mówi o nim jako o człowieku "wspaniale piszącym i wspaniale myślącym". W takim razie bardzo chętnie poznam bliżej jego dorobek naukowy i jego teksty. W bazie "Nauka polska" znajdują się jednak ubogie informacje, o tym że był on tylko recenzentem pracy doktorskiej pt. "Rzecz i rytuał. Symboliczne aspekty jurty mongolskiej". Chcę wierzyć, że to nie wszystko. Chętnie zapoznam się z jego interpretacjami największych dzieł literatury polskiej, od M. Reja, Sienkiewicza po Jana Lechonia. Czy może powinienem raczej spodziewać się, że prof. Żołkiewski zajmował się promocją powieści produkcyjnych o stachanowcach i tym podobnego chłamu?
Szukam dalej i w tekście jemu poświęconym znajduję informacje, że zajmował się wieloma bardzo różnymi epokami i nurtami w literaturze polskiej, niemniej jednak, co charakterystyczne:
"Stefan Żółkiewski sądził bowiem, że wszystkie swoje cenne odkrycia oraz życiowe motywacje zawdzięcza marksizmowi. Próbował dowodzić, że ideologia ta w wyjątkowy sposób sprzyja intelektualnej emancypacji uczonego, że wyzwala go z idealistycznej nieokreśloności i z naturalistycznych ograniczeń. Wierzył głęboko, że wszystko, co twórcze i żywe w myśli XX-wiecznej, w rozmaity sposób nawiązuje do teorii największego zasięgu, jaką stanowiła dla niego Marksowska nauka o rozwoju społecznym. Chciał, aby jego dzieło było postrzegane w tej właśnie perspektywie. "
Dlatego nie dziwi zdanie z Wikipedii:
"Wygłosił słowa: Chcemy, aby literatura pomagała budować socjalizm w Polsce ."
Z kolei w filmie Grzegorza Brauna z cyklu "Errata do biografii" dowiadujemy się więcej o prawdziwej roli Stefana Żółkiewskiego. Okazuje się, że był to twórca o niewątpliwym talencie i niezwykle płodny, jednakowoż nic z tego dobrego dla literatury nie wynikało, gdyż po prostu wszystko w jego działalności było ukierunkowane na sowietyzację kultury polskiej. Jego interpretacje klasycznych dzieł literatury polskiej szły w kierunku przerabiania twórców na modłę sowiecką, np. Adama Mickiewicza postrzegał jako kogoś w rodzaju pioniera socjalizmu i przedstawiciela awangardy. Nie słychać też o tym, żeby jakieś jego dzieło z dziedziny literaturoznawstwa współcześnie posiadało jakąś rangę. Raczej stanowią one przedmiot badań nad historią sowieckiego panowania w Polsce, niż źródło wiedzy na temat polskiej literatury. Stefan Żółkiewski był po prostu zwykłym sowieciarzem, który "reformował" naukę polską tak, aby odpowiadała ona zapotrzebowaniu Moskwy i chorej ideologii, którą próbowano nam narzucić. Ososbiście dokonywał selekcji naukowców dopuszczonych do dalszej kariery ze względu na ich uległość względem władzy komunistycznej, a o pozostałych pisał "nie przestawi się, odsunąć od pracy uniwersyteckiej". I teraz kogoś takiego Pan Kucharski uznaje za autorytet?
Zrozumiałbym zatem, gdyby Pan Kucharski wskazał np. na Jerzego Putramenta, Czesława Miłosza, Jarosława Iwaszkiewicza. Wielu z tych pisarzy uwikłanych w komunizm było pisarzami utalentowanymi albo przynajmniej znaczącymi, do dziś chętnie czytanymi (choć ja jestem akurat na antypodach sowieciarstwa i moim ulubionym pisarzem polskim jest Józef Mackiewicz). Ale nie rozumiem, jak taka złowroga i zasłużona dla niszczenia literatury polskiej postać jak ten Żółkiewski miałaby wg Pana Kucharskiego zostać królem Polski, jak kogoś takiego można uważać za autorytet?
A może jest tak, że Pan Kucharski nie bardzo zdaje sobie sprawę z tego, kogo popiera? Wszak kiedyś napisał na temat jednego z najlepszego z polskich poetów Wojciecha Wencla (wiem, bo czytałem jego tomik "De profundis" - polecam!) tak:
"od bogoojczyźnianej i czołobitnie utrzymanej w duchu kultu jednostki (tow. Stalin też był w literaturze "tym jasnym słońcem" i "źródłem mądrości wszelkiej") poezji pana Wencla wolę stanowczo panią Szymborską, choć niektórzy twierdzą, że jakby mało uczuć patriotycznych budzi. U jednych budzi pan Wencel, a u innych pani Szymborska."
czyli współczesnego poetę o patriotycznych i wolnościowych poglądach Pan Kucharski kojarzy z komunistycznym kultem jednostki i zamiast niego woli Wisławę Szymborską, która pisała wiersze sławiące imię Lenina oraz Stalina. Czy można popełnić większe głupstwo?
Może jest więc tak, że Pan Kucharski do końca nie wie, kim faktycznie był Żółkiewski? Ciekaw jestem, co takiego interesującego znalazł w jego twórczości.
W drugiej kolejności jako swój autorytet Pan Kucharski wymienia... Daniela Passenta.
Czy w tym kontekście może dziwić, że każdorazowy przejaw obecności np. religii katolickiej w życiu publicznym Pan Kucharski interpretuje jako coś niedopuszczalnego, nienormalnego, jako przejaw faszystowskich dążeń do wprowadzenia "katolicko-narodowej dyktatury"?
Jeśli się wielbi kogoś takiego, kto wyrzucał studentów za niedostateczną uległość wobec komuny, do tego stopnia, że chciałoby się uczynić go królem Polski, to trudno nie wykazywać podobnych totalitarnych dążeń do wyeliminowania np. mediów ojca Rydzyka. Coś, co jest normalne, związane z polską tradycją, czy też z wielowiekową tradycją chrześcijańską, jest w tej na wskroś komunistycznej optyce postrzegane jako zagrożenie, jako niebezpieczeństwo lub patologia.
Gdy następnym razem Pan Kucharski zarzuci komuś "kult jednostki podobny do tego, jaki uprawiano wobec J. Stalina", należy wtedy przypomnieć jego peany na cześć prof. Żółkiewskiego.
P.S. Muszę przyznać, że zupełnie tego nie rozumiem. Jest tylu wspaniałych polskich twórców, np. Zbigniew Herbert, który nie tylko się nie złamał, nie otarł się nawet o komunę i który nawet nie jest specjalnie konfesyjny, za to wspaniale czerpie z europejskiego dziedzictwa, a Pan Kucharski wybrał sobie jakiegoś ewidentnego sowieciarza, zakapiora, który niczym szczególnym się nie wyróżnił i nie wniósł do polskiej kultury i jego uważa za "wspaniale myślącego". A bracia Mackiewiczowie? Stanisław Cat-Mackiewicz miał swój romans z komuną, był też monarchistą, może to by przekonało Pana Kucharskiego, że warto byłoby np. jego wskazać na pretendenta do polskiego tronu?
Daniel Passent? No ludzie... trzymajcie mnie. Co ten człowiek zrobił swoim piórem dobrego dla Polski i dla literatury jako takiej? Proszę podać przykład jakiejkolwiek jego tezy, diagnozy, która dobrze opisywałaby polską rzeczywistość. Poza tym, że ktoś umie ładnie pisać, powinien też swoim pisarstwem przekazywać jakieś przesłanie, bronić jakichś wartości. A czemu nie Stefan Kisielewski albo Maciej Rybiński?
Nie wiem w takim razie po co myśmy "obalali" ten komunizm, może jednak to było OK, skoro tacy ludzie mają być autorytetami?
Jacek Jakubiec @ 5.60.39.*
wysłany: 2018-12-09 16:11
Nie wiem Szanowny Wieńczysławie, jak układa się Wasz dyskurs z moim sąsiadem Pawłem. Wiem o tym tyle, co z Pańskich gościnnych wpisów na tym tu forum.
Mogę jedynie domniemywać, że jest to dyskurs z pozycji tak „niekompatybilnych” jak ten, który wklejam poniżej. To dość świeża wymiana opinii między niżej podpisanym zwolennikiem Dobrej Zmiany (akronim ZDZ) a zdeklarowanym antypisiorem (ksywa APIS). Dodam tylko, że ów APIS to osobnik serdecznie mi bliski. No cóż, tak to się w Ojczyźnie porobiło, że te podziały, bywa że zabójczo toksyczne!, biegną w poprzek grup i środowisk, których dotąd nic aż tak nie dzieliło.
Ten dialog zaczyna się po krótkich frazach, w których nieco przypadkiem zestawieni zostali Jarosław Kaczyński i Jerzy Owsiak (którego dokonania ja np. cenię):
APIS:
Jurka za to kocham, gdyż mam za co. Rubryka z zaletami Jarka wciąż pusta, po stronie wad brakuje miejsca na kolejne wpisy
ZDZ:
Można i tak, tylko że to bardzo jednostronny ogląd świata, przesada i niesprawiedliwość.
APIS:
Opowiedz mi proszę obiektywnie coś dobrego o Jarosławie Kaczyńskim. Tak niejednostronnie; pytam Cię o to zresztą od kilku lat. Spróbuj mi coś powiedzieć, ale wyobraź sobie, że nie oglądasz telewizji Kurskiego.
ZDZ:
To ty musiałbyś sobie wyobrazić, że nie czytasz michnikowej Wyborczej, nie oglądasz TVN-u etc.
APIS:
No i sobie wyobrażam, że nic nie wiem i przyjechałem z końca świata i nie wiem nic. Więc Twój Prezes jest dobry, bo:
ZDZ:
Zaraz będą te plusy. To będzie dłuższy tekst w dwóch odcinkach.
Część pierwsza, o człowieku.
No więc „jest dobry” bo: 1) jest prawdziwym patriotą w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, 2) jest człowiekiem idei i wartości, które podzielam, 3) polityka jest dla niego środkiem dla realizacji tych wartości i idei, a nie drogą do władzy dla samej władzy, 4) nie kręci przy tym jakichś prywatnych lodów, 5) jest zdeterminowany w swojej służbie, czasem idzie po bandzie, ale używa rozumu i potrafi zrobić krok do tyłu, 6) w tym, za co się wziął wykazuje skuteczność, co polega m.in. na umiejętnym trzymaniu w garści swoich oficerów i sierżantów...
- Nie czekając na zapowiedzianą drugą część szanowny interlokutor zakończył ostentacyjnie i niezbyt elegancko:
APIS:
Daruj. piszesz ogólniki to raz, a dwa - nie zgadzam się z żadnym z tych punktów i mógłbym Ci przytoczyć szereg argumentów na to. Poza tym ja nie wiem co to znaczy "patriota w tradycyjnym rozumieniu tego słowa". I ostatnia rzecz, która nas dzieli od początku koszmaru dobrej zmiany. Kaczyński idzie czasem po bandzie, ale… Dla mnie albo się przestrzega prawa i jest przyzwoitym, albo się idzie po bandzie. Dla Ciebie i Twojej dobrej zmiany cel uświęca środki. I to nas różni.
Bez odbioru.
- Ale ja już miałem gotową drugą część, więc mu ją wysłałem, choć być może nie miał już ochoty tego czytać...
Ja:
Część druga, już nie "ad personam", ale wedle maksymy "po owocach ich poznacie".
Tu Prezes (nie mój to prezes, ja jestem niezależny symetrysta!) jest dobry bo: 1) jego formacja steruje polskimi sprawami w dobrym kierunku, 2) w efekcie tu coś takiego, jak to teraz widzimy w Paryżu jest niewyobrażalne, 3) pokazał razem z ekipą Dobrej Zmiany, że obietnice przedwyborcze to obligo do realizacji, a nie wciskanie kitu, 4) sprawił (nie sam), że dla poważnych partnerów z zewnątrz szacunek dla Polski rośnie; nie wszyscy z nich chcą to uczciwie przyznać, ale takie są fakty; coraz trudniej traktować Polskę jak wasala, czy plemię skolonizowanych zulusów, 5) w sumie przywrócił (znów: nie sam) wielu rodakom poczucie, że być Polakiem to nie wstyd lecz coraz bardziej - powód do dumy, 6) no i chyba widać, że po tych trzech latach wielu Polakom i polskim rodzinom jest lepiej, ciągle nie idealnie ale normalniej, stabilniej etc. Wiemy, że w różnych zbiorowościach bada się poziom optymizmu i że w przypadku polskiej nacji jest on dziś niezły. Mnie to krzepi!
Pisałem to nie wiedząc, że nie doczekasz końca wywodu. Też bez odbioru!
* * * * *
- No i tak sobie porozmawiali zwolennik DOBREJ ZMIANY i fighter ANTYPISU.
Jeśli coś mnie frustruje, to nie to, że w tej wojnie znaleźliśmy się w przeciwnych okopach, bo to dziś normalka. Bardziej martwi to, że ten używający rozumu i przyzwoity osobnik najpierw mobilizuje mnie do wyłuszczenia argumentów na rzecz Pana Jarka, a gdy mu takowe serwuję (w pośpiechu, ale chyba dość składnie?), zbywa mnie, że to ogólniki, że z żadnym się nie zgadza, że mógłby na to przytoczyć szereg argumentów, po czym bierze doopę w troczki i... tyle dyskursu.
A ja naprawdę chętnie poznałbym jego „antypisie” argumenty.
Póki co, ubolewał tylko nad łamaniem przez PiS prawa (jeśli nawet, to jakby PO w tych sprawach była dziewiczo nieskalana).
K u r t y n a !...
Wieńczysław @ 176.114.235.*
wysłany: 2018-12-09 17:08
No cóż. Szczerze mówiąc nie dziwię się, że nasi antypisowscy oponenci tak szybko uciekają przed dalszą dyskusją. Moim zdaniem wynika to z rozczarowania rządami PiS-u. Spodziewali się bowiem katastrofy. Wieszczyli, że "banda populistów" rozwali gospodarkę, że deficyt budżetowy sięgnie 100 milionów złotych, że zagraniczni inwestorzy się wycofają. Tymczasem nasza sytuacja ekonomiczna nigdy nie była tak dobra i teraz "grozi" nam nawet nadwyżka budżetowa. Używali przy tym bałamutnych i demagogicznych konstrukcji intelektualnych, na przykład tłumaczyli wzrost gospodarczy jedynie "światową koniunkturą", która przypadkowo ma miejsce zawsze pod rządami PiS. Niegasnący entuzjazm inwestorów tłumaczą zaś tym - skądinąd jakąż imponującą wiedzę ekonomiczną prezentując - że "takie inwestycje przygotowuje się latami". Skoro przygotowuje się latami, to po co było wieszczyć natychmiastowy odpływ inwestorów? Tacy znawcy, a nie wiedzieli o skali przygotowywanych inwestycji? Na podobnej zasadzie obecny wzrost gospodarczy tłumaczą dobrą polityką poprzednich ekip rządowych. To wszystko jest bardzo ciekawe, ale bałamutne.
Niemniej jednak muszę przyznać, że ostatnio ja też stopniowo coraz mniej mam ochotę wdawać się w dyskusje stricte partyjne "kto jest lepszy? PO czy PiS". Poniekąd wynika to z tego, że PiS wiele rzeczy zaniedbuje, wycofuje się z reform i niedostatecznie informuje społeczeństwo o prawdziwych przyczynach podejmowanych działań. Nad stanem mediów publicznych można już tylko usiąść i zapłakać. Kiedyś się mówiło o tym, że Polską rządzą trumny Piłsudskiego i Dmowskiego. Ja sądzę, że dzisiejszą Polską rządzą tuby propagandowe obu braci Kurskich. Przy czym rzecz charakterystyczna, że zarówno TVP, jak i GW odnotowuje znaczący spadek swoich dotychczasowych odbiorców, równolegle ze spadkiem poziomu intelektualnego i rzetelności tych mediów. Ale bracia są z pewnością z siebie zadowoleni.
Nie chcę popadać w nastroje dekadenckie czy nihilistyczne, bo zupełnie nie o to chodzi - w dalszym ciągu zarysowane granice między obozem patriotycznym, a niepatriotycznym (tak to widzę) będą funkcjonować. W tym sporze nadal powinniśmy się twardo opowiadać za patriotyzmem, suwerennością Polski i pozostałymi naszymi wartościami. Nasz obóz powinien jednak stawać się coraz mądrzejszy, a nie coraz głupszy. Mądrzejszy - to także oznacza, że powinien bardziej przyciągać lub angażować do pewnych spraw osoby niepodzielające ściśle programu PiS-u. Celem nie jest przecież "utrzymanie władzy raz zdobytej" i walka z opozycją. Celem jest prawdziwa reforma Polski i wzmacnianie państwa.
Dlatego o ile zapewne o komunę, o religię, historię pewnie nieraz jeszcze się pokłócimy, to dlaczego by nie podyskutować w sposób zupełnie przyjazny i ponad podziałami np. o energetyce? Miałem wrażenie, że o ile wątpię w kompetencje p. Kucharskiego we wszelkich dziedzinach (oprócz może turystyki), to jednak z wieloma jego opiniami w kwestii energetyki się zgodziłem. Wspominałem już tutaj o swojej koncepcji "zdrowego, pozytywnego cynizmu". I tak sobie myślę, że gdybym był np. - nie daj Boże - prezydentem Jeleniej Góry, to zapewne nie ukrywałbym swojej skrajnie negatywnej opinii o p. Kucharskim, nie udawałbym, że jest inaczej, ale z drugiej strony, jeżeli p. Kucharski uważa, że ma ciekawe pomysły na rozwój turystyki w regionie - to czemu nie pozwolić mu działać, czemu go nie wesprzeć, jeśli to ma przynieść korzyść mieszkańcom? Polityk powinien kierować się dobrem ogółu i tam gdzie np. ktoś miałby zaszkodzić - trzeba byłoby blokować jego działania, ale tam, gdzie mógłby pomóc - trzeba wyciągnąć rękę.
Natomiast poza tym, trzeba stwierdzić jasno, że przed Polską stoi wiele problemów. Sam mam wiele pytań do obecnie rządzących. Na przykład: 1. Co rząd robi, aby Polska przestała mieć jeden z najmniej przyjaznych dla przedsiębiorców systemów podatkowych? Co z ustawą o VAT, która liczy ponad 1000 stron? Kiedy nastąpi radykalne uproszczenie podatków? Dlaczego nieustannie manipuluje się podatkami wte i we wte, zamiast raz, a porządnie zrobić dobrą reformę? Dlaczego głównym pisowskim ekspertem od podatków jest prof. Modzelewski - postać wyjątkowo podejrzana, człowiek, który jest współtwórcą tego nadzwyczaj niewydolnego i nieczytelnego dla obywatela systemu i który dzisiaj w kółko powtarza, że niczego się nie da już zreformować, że to i tak nic nie da?
2. Co to za hece z tą reformą sądownictwa? Chciałbym wiedzieć, jakie konkretnie punkty tej reformy weszły w życie i jakie to teraz powoduje skutki. Jak to wpłynęło na rzetelność prowadzonych postępowań, niezależność sędziów i ich zdolność do realizowania poprzez stosowanie prawa intencji ustawodawcy (rzecz dla mnie jedna z kluczowych)?
3. Jeżeli w kółko powtarza się, że "uszczelniono VAT", to chciałbym wiedzieć dokładnie kogo aresztowano, kogo skazano, jakie przekręty udaremniono i na jakie dokładnie kwoty?
4. Skoro Kurski uważa, że wyborcy PiS to kretyni, którzy potrzebują kretyńskiej propagandy, to dlaczego przynajmniej nie stworzy jakiegoś osobnego kanału dla nieco bardziej wymagających widzów? Nie chodzi mi o wersję dla wykształconych fanów PiS-u, ale taki kanał publicznej TV, z którego mogliby być zadowoleni i ja, i Pan Jakubiec i p. Kucharski, jak i Buniek. Wierzę, że taką telewizję da się stworzyć. Mieliśmy przykład programu "Świat się kręci" w naprawdę ciekawej formule (choć tych aktorów odgrywających rolę aktorów zadających pytania mogliby sobie darować), gdzie zapraszano do dyskusji przy jednym stole i Karnowskich, i dziennikarzy "Newsweeka". Myślę, że to wszystko da się spluralizować, podnieść poziom, zwiększyć obiektywizm.
Nie chcę przez to powiedzieć, że TVP kłamie. Jeżeli jest pasek pt. "Gigantyczne złodziejstwo za rządów PO", to jest to pasek prawdziwy, bo za rządów PO rzeczywiście występowało gigantyczne złodziejstwo. Ale dziennik telewizyjny nie jest od tego, by rozliczać poprzednie rządy, tylko żeby relacjonować bieżące wydarzenia. Jeśli więc relacjonuje konwencję PO, to nie może być to opatrzone paskiem "Schetyna kłamie na konwencji PO", tylko "W miejscowości X odbywa się kowencja PO" i tak dalej. To chyba są elementarne zasady.
Tych pytań i wątpliwości można by wymieniać dużo więcej. Sumarycznie oczywiście trzeba stwierdzić, że zapowiadane prognozy o "faszyzmie", "państwie policyjnym" i "łamaniu demokracji" to czyste bzdury. Rządy PiS-u są o wiele lepsze niż rządy PO. Ale to mi przestaje wystarczać. Rekonstrukcja sanacji to nie jest nic dobrego. Przed nami wiele wyzwań i samozadowolenie nam w niczym nie pomoże. "Optymizm nie zastąpi nam Polski".
Jacek Jakubiec @ 5.60.39.*
wysłany: 2018-12-09 18:25
No to jest chyba dobra wiadomość dla Pana. Parę dni temu rozmawiałem z Janem Szomburgiem. Wraca pomysł zorganizowania Jeleniogórskiego Kongresu Obywatelskiego. Byłaby to inicjatywa zdecydowanie ponadpartyjna, za to na serio zorientowana na rzecz idei Kotlina Jeleniogórska - jedna z enklaw modernizacji Polski. Warto trzymać kciuki!
Wieńczysław @ 176.114.235.*
wysłany: 2018-12-09 18:53
Do swojego tekstu na temat prof. Stefana Żółkiewskiego - idola Pana Kucharskiego, chciałbym dodać pewne uzupełnienie. Otóż Pan Kucharski postępuje w swojej publicystyce bardzo nieuczciwie i chciałbym wyjaśnić, na czym to postępowanie polega, gdyż to należy się wszystkim jego czytelnikom. Otóż jego sposób odnoszenia się do kwestii uwikłania w PRL polega często na tym, że:
- wytyka różnym osobom przynależność do PRL-owskich organizacji, ale zawsze są to osoby z PiS-u lub innych prawicowych, patriotycznych ugrupowań. Tę samą przynależność osób sympatyzujących z jego ulubionymi formacjami pomija, kwestionuje, lekceważy lub usprawiedliwia
- krytykuje dzisiejsze burzenie komunistycznych pomników i usuwanie symboliki, twierdząc, że tak właśnie zachowywali się bolszewicy i należy te pomniki zostawić w spokoju, bo to "część naszej historii" (chyba jego)
- krytykuje sposób wymiany elit przez partię, która wygrała wybory, twierdząc, że dzieje się to zbyt szybko, a jakość tych nowych elit jest niezadowalająca (tak jakby poprzednia była zadowalająca i tak jakby jego opinia była jedynym wyznacznikiem poziomu tej jakości) oraz że takiej zmiany elit dokonywali komuniści po 1945r. i nie należy powtarzać tych metod (zapominając, że obecna zmiana jest przewidziana demokratycznymi procedurami i nie jest przeprowadzana siłowo pod auspicjami Sowietów, ani nie zmierza ku wprowadzeniu ustroju totalitarnego)
Generalnie rzecz biorąc, Pan Kucharski deklaruje się jako przeciwnik komunizmu i komunistycznych metod, zdając sobie sprawę z ich bezprawności i niezgodności z wszelkimi prawami człowieka, ale widzi te metody tylko w działalności ugrupowań prawicowych, niepodległościowych, czyli takich, które są na antypodach tego, co działo się po 1945r. i które były przez komunistów krwawo likwidowane.
Jest to to z jego strony o tyle nieuczciwe, że, po pierwsze, sam Pan Kucharski w czasach PRL był redaktorem w reżimowej telewizji, a po drugie, dzisiaj nie przejawia większej ochoty do rozliczeń tych osób, którzy naprawdę szkodzili i byli prominentnymi osobistościami tamtej szkodliwej dla narodu polskiego władzy.
Można byłoby jeszcze przymknąć oko na jego ówczesną postawę oraz dzisiejsze poglądy, gdyby Pan Kucharski stwierdził tak: "owszem, pracowałem w tej telewizji, nie jestem z tego dzisiaj zadowolony, bo wiem, że była to telewizja służąca wrogiej Polsce propagandzie. Dzisiaj zdaję sobie sprawę bardziej niż wtedy ze zła, jakie wyrządzali komuniści". Znamy przecież wiele osób wybitnych, które np. należały do PZPR, ale zerwali z tą przeszłością i przeszli na pozycje patriotyczne, starając się już w nowej rzeczywistości pisać prawdę, np. historycy Jerzy Eisler i Paweł Wieczorkiewicz. Myślę, że każde takie "nawrócenie" należy przywitać z zadowoleniem. Na przykład Marcin Wolski był znanym PRL-owskim propagandystą, ale jeśli dzisiaj pisze dla "Gazety Polskiej" to wcale nie interpretowałbym tego w kategoriach "chorągiewki". Oczywiście zmiany światopoglądu nie można dokonywać z dnia na dzień i nie po cztery razy w roku, ale za każdym razem, gdy ktoś przechodzi na pozycje proniepodległościowe, propolskie - trzeba się z tego cieszyć i chwalić taką postawę, oczywiście nie zapominając o przeszłości.
Dlatego pół biedy, jeśli Pan Kucharski dzisiaj mówiłby otwarcie o swoim potępieniu dla komunizmu. Ale nie, on jest dumny zarówno ze swojej postawy, jak i chwali najgorszych zakapiorów tamtego ustroju, takich jak prof. Żółkiewski! To jest niesamowite i budzi moje największe zdumienie. Jeszcze pół biedy, gdyby prof. Żółkiewski pomimo swego niechlubnego zaangażowania wniósł mimo to jakieś wartościowe z dzisiejszego punktu widzenia dzieło w dziedzinie badań nad polską literaturą. Wtedy moglibyśmy rozpatrywać to w takich kategoriach, jak życiorysy polskich inżynierów w PRL albo takich, w jakich oceniamy sprawę np. Martina Heideggera, którego filozofię cenimy pomimo jego przynależności do NSDAP. Ale Żółkiewski to był zwykły sowieciarz, który niszczył ludzi i niszczył polską literaturę.
Sądzę zatem, że Pan Kucharski nie ma moralnego prawa oskarżać ludzi o patriotycznych przekonaniach o jakieś zapędy totalitarne czy komunistyczne, ani wytykać brak obiektywizmu dziennikarzy takich jak Rachoń. W jego przypadku będzie to nosić znamiona zwykłej komunistycznej nagonki i marksistowskiego wypatrywania wszędzie wokół "wrogów ludu". Oto bowiem burżuazyjny reakcjonista Rachoń podpadł tow. Kucharskiemu tym, że prezentuje na antenie publicznej TV poglądy zbyt podobne do programu PiS, "zbyt podobne, by spać spokojnie" i tak oto p. Kucharski pobudzony rewolucyjną czujnością nie zaśnie, dopóki Rachoń nie zniknie z anteny. Pytanie gdzie miałby trafić, może tam gdzie byli wysyłani ci niezależni twórcy, którzy nie zgadzali się z jego idolem Żółkiewskim?
JJ:
Szanowny Panie Wieńczysławie, proszę już zaniechać tej monotematycznej kampanii "ad personam". Nie żebym kwestionował istotny sens Pańskich wywodów. Funduje mi Pan spory dyskomfort. Jako gospodarz forum czułbym się zręczniej, gdyby Pan Paweł Kucharski uznał za stosowne odnieść się do Pana kolejnych "wycieczek", do czego go już próbowałem zachęcić. Ale przecież ma prawo z takiej oferty nie skorzystać i w efekcie robi na tym moim blogowym forum za tarczę strzelniczą. Aż taka personifikacja tego co się nam (bo mnie też) nie podoba, staje się monotonna. Obawiam się, że to nie sprzyja zainteresowaniu wizytami na tym mini-forum obywatelskiego dyskursu. Czy to dlatego tak mało nas tu? Nie wiem, nie twierdzę...
Więc może chwatit, Panie Wieńczysławie? To pod rozwagę, bo wiele z Pańskich opinii zdecydowanie mi odpowiada. A tematu, który jest treścią mojego artykułu (zamieszczonego tu w przededniu Święta Niepodległości), długo jeszcze nie da się uznać za wyczerpany i nieważny.
Pozdrawiam - JJ.
Wieńczysław @ 176.114.235.*
wysłany: 2018-12-09 22:37
OK, w takim razie jeżeli głównym tematem wątku jest idea "wspólnej i partnerskiej Polski" autorstwa Jana Szomburga, to oczywiście ta idea jest mi bliska i na pewno jest godna poparcia. Problem tylko w tym, że jest to idea szeroka i teraz każdy, kto reprezentuje jedną z dwóch wspomnianych tam opcji: konserwatywno-narodową i lewicowo-liberalną pod różnymi opisywanymi tam pojęciami będzie rozumiał co innego i zawsze narazi się na krytykę z przeciwległej strony. Ale to oczywiście normalne w demokracji, która jest polem konfliktu ideologicznego.
Co w takim razie należałoby uczynić? Otóż - szukać pola do konsensu tam, gdzie jest największe prawdopodobieństwo jego osiągnięcia. W kwestiach ideologicznych, historycznych, etycznych raczej te dwie Polski się nie dogadają. Ale w kwestiach gospodarczych lub dotyczących konkretnych problemów ze sfery zarządzania państwem - czemu nie?
Oczywiście zawsze gdzieś w tle będzie się pojawiało pytanie o sens tej "konkretnej" działalności, a on wynika z pewnych założeń i wyznawanych wartości. Mam jednak nadzieję, że pod hasłem "Silna Polska w silnej Europie" podpisze się zarówno pisior, jak i peowiec.
Ale przechodząc do konkretów, jeżeli mamy szukać płaszczyzny porozumienia i budować partnerską Polskę, to może np. porozmawiajmy o uskutecznianej w naszym kraju gospodarce przestrzennej? Jak wielu ludziom podoba się fakt, że w przeciwieństwie do wielu krajów na całym świecie nasze osiedla wyglądają tak eklektycznie, że każdy dom jest inny, każdy sąsiadujący ze sobą płot inny? Czy zawsze jest to konieczne, aby górowała wolność i święte prawo własności? Może jednak plany zagospodarowania przestrzennego powinny określać pewne dopuszczalne wzory usytuowania budynków, kolory elewacji, kształty itp.? Rozumiem, że z dnia na dzień nie da się wszystkiego odwrócić, ale czy nie można by zahamować prób stawiania kolejnych architektonicznych potworków, niszczących krajobraz i budowanych wyłącznie w celach biznesowych, bez oglądania się na wpływ na estetykę i środowisko? Zresztą nie chodzi tylko o estetykę, ale i funkcjonalność.
Wiem, że dyskusyjną jest kwestią, co uważamy za ład przestrzenny, a co uważamy za bezład i urbanistyczne spustoszenie. Ale dlatego właśnie.. dyskutujmy, porównujmy, czerpmy inspirację, wymieniajmy opinie. Co sądzimy np. o muralach? Czy są potrzebne? Czy są estetyczne? Co na nich powinno się znajdować, a co nie? Albo czy np. budując własny dom zastanawiamy się nad tym, jak wpasowuje się on w otoczenie, czy raczej myślimy o tym, by się wyróżnić?
Chcę zaznaczyć, że ministerstwo kultury, jak i władze samorządowe w wielu miejscowościach podjęli w ostatnich latach pewne działania, w wyniku których centra dużych miast, np. Wrocławia, są ładniejsze. Warto by było jednak zwiększyć świadomość społeczną w tym zakresie, tak aby zwykli ludzie zastanowili się patrząc na nasze otoczenie, "czy na pewno tak musi być" i czy może można jakoś wpłynąć na to, aby to otoczenie stało się lepsze.
Burzenie naszego krajobrazu przez radosną twórczość architektoniczną wynika pewnie z wielu przyczyn, od braku wyczucia estetycznego, czyli braku gustu, jak i nastawienia na zysk kosztem innych walorów. Ale sądzę, że tak jak w znacznej mierze uporaliśmy się dzięki wieloletnim kampaniom społecznym z problemem pijanych kierowców, których jest już dzisiaj znacznie mniej niż w latach 90., kiedy to było plagą, mimo że mniej ludzi wtedy posiadało samochód, tak dzięki drążeniu tego tematu, dzięki rozmowom, wymianie idei - uda się wynieść ten problem jako jeden z pierwszorzędnych, który może zastąpi bezsensowne kłótnie o to, co powiedział poseł X o pośle Y.
Ja sam słabo się na tym znam, moja wiedza jest powierzchowna i czysto amatorska. Niemniej jednak jest to dla mnie ważna rzecz, w miarę przystępna dla zwykłego obywatela i jedna z tych, dzięki którym Polacy mogą znaleźć wspólną płaszczyznę do normalnej i konstruktywnej rozmowy.
Wieńczysław @ 176.114.235.*
wysłany: 2018-12-28 23:06
Szanowny Panie Jacku (...) może Pan potraktować tę wypowiedź jako zupełnie prywatną i skasować ją, niemniej jednak nie mogę się powstrzymać przed podzieleniem się z Panem najnowszym wykwitem czyjegoś intelektu (...) na temat Rosji:
"Nikt nie ma zamiaru by oczyszczać ówczesnych "wyzwolicieli", ale dziś już upłynęło tyle lat, świat się zmienił, ludzie też i na wschodzie nie jest nam potrzebny wróg tylko sąsiad. Podżeganie nienawiści do Rosjan nie ma sensu, bo odcinamy sobie możliwość rozmowy i wpływu. Ile lat można żyć we wzajemnej nienawiści? Ile lat można pielęgnować złość za rosyjskie przestępstwa? Tą drogą nie osiągnie się żadnego sąsiedzkiego porozumienia i partnerstwa z zachowaniem pełnej odrębności oraz jednoczesnym zabezpieczeniem pełnej suwerenności na poziomie równorzędnych partnerów. Zwłaszcza, że pozycja Polski jest tu pozycją ogryzającego pięty dogowi ratlerka"
"ale właśnie z tego powodu zamiast drażnić niedźwiedzia trzeba ostrożnie mu podawać przysmaki. A to właśnie wielebny Antoni zlikwidował polskie służby specjalne i wszelkie o nich informacje przekazał Putinowi. My musimy sprytnie oswajać niedźwiedzia, bo jest jedyna nasza szansa."
Muszę przyznać, że choć od dawna znam poglądy (...), to tutaj mnie kompletnie zatkało, bo nie dość, że insynuuje jakąś "nienawiść do Rosjan" (nikt normalny nie utożsamia sprzeciwu wobec polityki Rosji z nienawiścią do zwykłych obywateli rosyjskich); nie dość, że daje wyraz typowym polskim kompleksom ("ratlerek"); wypisuje obraźliwe kłamstwa nt. min. Macierewicza, który miał jakieś informacje rzekomo "przekazać Putinowi", to jeszcze chwali WSI i to właśnie za to, że... to one były tym "przysmakiem". Czyli tak jakby zdaje sobie sprawę z tego, że WSI było korzystne dla Rosji, ale to dobrze, bo Putinowi trzeba dawać przysmaki! Szkopuł w tym, że trzeba to robić "ostrożnie", czyli niejawnie, powoli, systematycznie. Min. Macierewicz chyba zepsuł towarzyszom zabawę, bo ujawniając nazwiska niektórych agentów pracujących dla Moskwy (wielu ludzi nie zdaje sobie sprawę z tego, że WSI tylko nominalnie był polską służbą, a de facto - rosyjską) zablokował proces "dostarczania przysmaków".
Tak czy siak - dla mnie to jest po prostu SZOK, że można tak myśleć i pisać o polskiej polityce względem Rosji, jakby nie zdając sobie sprawy z tego, jaką lekcją z historii jest dla nas polityka appeasementu względem różnych dyktatorów.
Poza tym - życzę Panu i pozostałym czytelnikom Szczęśliwego Nowego Roku! Ten mijający był całkiem niezły, ten kolejny będzie dla nas trudny, bo chyba będziemy musieli zacisnąć zęby, założyć rękawiczki i z pewnym niesmakiem, ale jednak popchnąć dobrą zmianę ku drugiej kadencji. Oby nie zabrakło im odwagi do reform.
Jacek gospodarz @ 95.40.44.*
wysłany: 2018-12-29 11:39
Szanowny Panie Wieńczysławie, jak Pan widzi - Pańskiej wypowiedzi nie skasowałem, tylko (zbójeckie prawo gospodarza) dokonałem w niej drobnych ingerencji. W imię upowszechniania istotnych opinii zaś z unikaniem wycieczek ad personam. A w tym przypadku z Pańską opinią w pełni się zgadzam. Poglądy, z którymi Pan polemizuje jako żywo kojarzą mi się z tymi, jakimi ostatnio błysnął nasz pokojowy noblista, eks-prezydent, ksywa "Bolek".
Co do relacji z rosyjską nacją: też byłbym za tym, aby były one jak najlepsze! W sposób oczywisty przemawia za tym mnóstwo argumentów i z mozolnych wysiłków, aby to się dokonywało, rezygnować nie wolno. Natomiast czym innym są bariery jakie nas dzielą. I to nie tylko te wynikające z historycznych doświadczeń, bo to o nich chyba pisze ów XY "Ile lat można żyć we wzajemnej nienawiści?". Zdrowy rozsądek każe wobec Rosji d z i s i a j zachowywać dystans i nieufność (łagodnie to określając), wobec ewidentnych przejawów odradzania się tam dążeń post-imperialnych z całą ich groźną brutalnością. Wałęsa doprasza się, aby dziennikarz załatwił mu pilne zaproszenie od Putina, którego on, dyzma polskiej polityki, teraz doinformuje i ustawi do pionu. Czyż to nie śliczne?
Dzięki za życzenia.
Ja też mam świadomość jak trudny i jak bardzo ważny będzie nadchodzący rok 2019. Odnoszę to przede wszystkim do polskich imponderabiliów, ale także marząc o pozytywnym przesileniu w kryzysie wokół bliskiego mi Dworu Czarne.
Coś jeszcze. Czytuję stale "Do Rzeczy", ale tym razem sięgnąłem też do "Sieci" - tygodnika braci Karnowskich. Jest tam rozmowa, jaką przeprowadzili z prof. Piotrem Glińskim, wicepremierem i ministrem od kultury. To klarowny, godny upowszechnienia wykład filozofii jaką on wyznaje i wdraża w swojej mądrej, politycznej praktyce. Tytuł publikacji: "Jestem demokratycznym republikaninem". Polecam!
Wieńczysław @ 176.114.235.*
wysłany: 2018-12-30 17:22
"dokonałem w niej drobnych ingerencji."
Nie ma sprawy, i tak całkiem sporo Pan zostawił :)
Jeszcze ad meritum: myślę, że nikt nie chciałby, żeby relacje z jakimkolwiek krajem były złe, a tym bardziej - ze zwykłymi ludźmi. W przypadku Rosjan problem jednak polega na tym, że wielu z nich popiera politykę Putina do tego stopnia, że właściwie nie potrzebuje on fałszować wyborów. Nie zalecałbym jednak nienawiści, a tylko - dystans.
Toczy się dość ciekawa dyskusja na temat naszej polityki wschodniej. Po jednej stronie są ci, którzy uważają, że powinniśmy wspierać Ukrainę w jej niepodległościowych dążeniach, gdyż leży to w naszym interesie obrony przeciw imperialnym zakusom Rosji. Powinniśmy także budować sojusz państw Trójmorza pod auspicjami Stanów Zjednoczonych, który równoważyłby wpływy zarówno Rosji, jak i Niemiec. Przedstawicielami tego nurtu są tacy analitycy jak np. prof. Andrzej Nowak, dr Jerzy Targalski, Przemysław Żurawski vel Grajewski, Paweł Kowal, a także czołówka polityków PiS-u oraz redakcja Gazety Polskiej. Zgadza się z tym podejściem także środowisko Gazety Wyborczej z Adamem Michnikiem na czele, choć ci wielokrotnie też ulegali złudzeniom o postępujących rzekomo w Rosji procesach demokratyzacyjnych, co oczywiście nie miało nigdy miejsca pod rządami Putina. Po drugiej stronie są ci, którzy uważają, że Trójmorze to mrzonka, sojusz z USA jest papierowy, Ukraina jest państwem niemależe upadłym, odradza się tam banderyzm, a Rosja owszem, nie jest nam przychylna, ale też zagrożenie z jej strony jest wyolbrzymiane. Należą do nich głównie środowiska narodowe i kresowe, a także np. ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, red. Witold Gadowski, politolog Marcin Palade, red. Stanisław Michalkiewicz oraz Grzegorz Braun. Często ten nurt myślenia był lansowany na okładkach Pańskiego ulubionego tygodnika "Do Rzeczy".
Nie ukrywam - choć dyskusja jest ciekawa i bez większej wrogości przysłu****ę się argumentom drugiej strony - że nieco bliższy mi jest nurt giedroyciowski, zwłaszcza poglądy dr Jerzego Targalskiego. Ale wcale nie z powodu jego miłości do Ukrainy, którą rzeczywiście przejawia niekiedy nad wyraz. To akurat jest element, który najmniej mi się podoba, bo uważam, że nasze sprzyjanie Ukrainie jest kwestią wyłącznie naszych interesów, a nie pozytywnych uczuć, do których nie mamy specjalnie wielu powodów. Poglądy Targalskiego popieram z dwóch innych powodów: z powodu twardego realizmu oraz dobrej diagnozy, czym jest Rosja. Nie jest to wcale analityk tak zafascynowany sojuszem polsko-amerykańskim oraz projektem Trójmorza, jak to się mu przypisuje. Wielokrotnie wskazuje na to, że do jego realizacji potrzebne są inwestycje, a ze strony polskiego rządu - odwaga w stawianiu swoich postulatów, wymaganie od partnerów nie tylko deklaracji, ale i realnych działań, bo bez nich wszystko pozostaje tylko na papierze. Co do Rosji, to bez większch złudzeń uważa on, że jest to państwo pasożytnicze, żerujące na własnym społeczeństwie oraz dążące do odbudowy imperium kosztem naszej suwerenności, a także podejmujące działania niemieszczące się w granicach reguł obowiązujących w naszej cywilizacji. Wydaje mi się to diagnozą generalnie trafną i wystarczającą do tego, by uznać Rosję po prostu za państwo wrogie - jak to zresztą głosi oficjalna doktryna wojskowa NATO.
Ale już twierdzenia, że należy takiemu państwu "dawać przysmaki" oraz że to my niby mamy starać się nadskakiwać Rosjanom, żeby ci nas nie zaatakowali, to już jest dla mnie czystej wody propaganda rodem ze Sputnika.
Polska ma PKB tylko 3 razy mniejsze od Rosji, a Rosja ma PKB wielkości Włoch. To jest mocarstwo silne wyłącznie swoją bronią atomową, barbarzyńskimi działaniami swoich służb specjalnych, siejących dezinformację i popełniających skrytobójstwa oraz silne słabością Europy.
Kremlowi zależy właśnie dokładnie na tym, by ludzie byli przekonani - tak jak nasz interlokutor - że Rosja ma potężną armię, a my jesteśmy tylko "ratlerkiem" i jedynym sposobem obrony są ustępstwa i "przysmaki", które rzekomo mają udobruchać dyktatora. (Szkoda, że Kaczyńskiemu nie chce dawać takich przysmaków, skoro też uważa go za dyktatora.). Gdybyśmy byli takim "ratlerkiem", to Rosja nie ćwiczyłaby ataku jądrowego na Warszawę, tylko na jakieś inne państwo, albo w ogóle by nie ćwiczyła, bo jest tak potężna, że żadnych ćwiczeń nie potrzebuje.
Tymczasem prawda jest taka, że nawet Ukrainy im się nie udało jak do tej pory pokonać. Oczywiście nie chcę bagatelizować zagrożenia, ale atak Rosji na Polskę w tej chwili nie jest realnym scenariuszem, bo Rosjanie wiedzą, że nie byłby skuteczny i nie prowadziłby do długotrwałego podporządkowania Polski. Dlatego wolą prężyć muskuły i siać strach w społeczeństwach Europy Środkowo-Wschodniej, bo na tym zyskują najwięcej, utrzymując przewagę np. w sektorze energetyki.
Jacek gospodarz @ 5.60.234.*
wysłany: 2018-11-12 12:29
Hallo Panowie Widzu, Wieńczysławie, Buńku i inni PT Tu-Bywalcy, co o tym myślicie?