Kilka słów o mnie

Byłem ministrantem, harcerzem, żeglarzem, modelarzem lotniczym, lekkoatletą, asystentem na Politechnice Wrocławskiej, po Marcu '68 także więźniem komuny.

W 1971 r. życiowe wybory związały mnie z Jelenią Górą. Byłem głównym projektantem jej planu ogólnego. Ówczesna ekologiczna degradacja tych ziem, była impulsem do udziału w obywatelskim ruchu ekologicznym. Odbyłem roczny staż urbanistyczny w Hanowerze, potem studialny pobyt w Meksyku. Od 1977 roku jestem kustoszem Dworu "Czarne". Poza jego uratowaniem od zagłady, mój życiowy dorobek to: rekord Dolnego Śląska juniorów w dysku, kilkanaście nagród i wyróżnień w konkursach urbanistycznych, współorganizowanie Euroregionu Nysa, pierwszej transgranicznej wspólnoty na obszarze byłego bloku wschodniego. Cenię sobie tytuł Człowieka Roku '2006 uzyskany w plebiscycie "Nowin Jeleniogórskich".

Marzy mi się współczesna odmiana pozytywizmu.

Jestem żonaty, mam czwórkę dorosłej dziatwy i sześcioro wnucząt.

Podziel się z innymi

| |

Dlaczego to robią ?

2017-10-12 11:27
Mam przed sobą bardzo ciekawy tomik.
Autor: Hubert Klimko-Dobrzaniecki, tytuł książeczki (to format raczej kieszonkowy) "Ratownicy". Parę dni temu wręczył mi ją, z dedykacją autora dla mnie i ślubnej Danuty, Marek Sztark, jeden z animatorów ubiegłorocznego programu "Wrocław 2016 - Europejska Stolica Kultury". To w ramach tego przedsięwzięcia powstało dziełko o intrygującym charakterze (myślę choćby o formule pisarskiej). Ale nie tylko to czyni je ciekawym i ważnym. Także czytelne przesłanie. Ważne zwłaszcza w dolnośląskiej optyce, w regionie tak bogatym w zabytki przeszłości i wobec tego cennego dziedzictwa tak bardzo obciążonym grzechami z dziesięcioleci niedawno minionych.

img



Autora, który urodził się w Bielawie, żył w różnych krajach, także w Islandii, a od iluś lat mieszka w Austrii, gdzieś blisko Szwajcarii, nie miałem honoru poznać. Za to on znalazł sposób aby poznać nie tyle niżej podpisanego, co casus jego - nazwijmy to tak - życiowej przygody, czyli związków z Dworem Czarne. Zresztą nie tylko ten jeden ludzki przypadek zainteresował Pana Huberta Klimko-Dobrzanieckiego.

W czym więc rzecz i o czym jest ta książka ?
Niech to przybliży edytorska notka z tylnej okładki.
Brzmi tak:
"Ratownicy zajmują się małymi, przydrożnymi kapliczkami, domami przysłupowymi, opuszczonymi kościółkami, ale też wielkimi dworami, rezydencjami pałacowymi i zespołami poklasztornymi. W książce autor opisał siedem historii, których bohaterami są: Jacek Jakubiec - ratujący wraz z żoną dwór Czarne, Piotr Napierała - ratujący pałace Kotliny Jeleniogórskiej, biskup Waldemar Pytel i jego żona Bożena w misji na rzecz kościołów Pokoju w Świdnicy i Jaworze, Marek Haisig i Alicja Siatka ratujący pałac w Gorzanowie, Rafael i Dorin Blau, którzy uratowali synagogę w Dzierżoniowie, Helmut Goebel, dzięki któremu przetrwały kapliczki w Szalejowie, Jacek i Erna Rybczyńscy, gospodarze i protektorzy wapiennika w Starej Morawie koło Stronia Śląskiego. Dlaczego to robią?"

Otóż to: dlaczego ?!
Czytając tę książkę nie znalazłem w pełni przekonującej odpowiedzi. Może jeszcze nie znalazłem, bo zbyt pobieżne było to pierwsze czytanie? Ale jeden cytat już mi wpadł w oko, więc przytoczę.
Pani Alicja, ta od Gorzanowa, mówi: "Kiedy patrzę w lustro, widzę przede wszystkim kogoś, kto stara się zrobić coś dobrego. Definiowanie siebie samej nie jest mi zresztą do niczego potrzebne. Człowiek podejmuje w życiu różne wyzwania. I jeśli dotyczą dobrych i ważnych spraw, to powinien przekazać je swojemu następcy, a on kolejnemu. Myślę, że tak to powinno działać, przynajmniej z mojego punktu widzenia. Życie jest jedno".
Dla mnie przekonujące. Także w tym braku zainteresowania definiowaniem samej siebie.

Jeszcze słowo, jak mówią łacinnicy, pro domo sua.
Niżej podpisany jest tu nie tylko czytelnikiem. Jest też jednym z przypadków niejako "zdiagnozowanych" przez autora. Może i trafnie. Ale powyższe pytanie nie jest i mnie obce. W ciągu czterdziestu lat działań na rzecz Dworu Czarne, słyszałem je iks razy. Niech to nie zabrzmi jak tania kokieteria, ale ja także dziś nie mam własnej odpowiedzi na tak niby proste pytanie "dlaczego?". Powiem więcej. Trzy lata temu napisałem książkę, coś jakby podsumowanie dotychczasowych związków z tym zabytkiem w roli jego społecznego kustosza. Tytuł: "DWÓR CZARNE czyli monografia według Jacka". Wydała: jeleniogórska firma Ad Rem.

img



Jeśli ktoś z Państwa miał ją w ręku, to pewnie przyzna, że i w niej nie ma odpowiedzi na to pytanie. Jakoś nigdy, także przy pisaniu tej quasi-monografii, nie kusiło mnie by drążyć ten, dla mnie pozorny, dylemat.

A książkę Huberta Klimko-Dobrzanieckiego w każdym razie serdecznie polecam!
Jej nakład jest raczej niewielki. Współwydawcą jest Biuro Festiwalowe IMPART 2016 (www.wroclaw2016.pl).

Komentarze

Wiśka @ 178.43.255.*

wysłany: 2017-10-14 22:39

Dzięki, Jacku, za wiadomość. Spróbuję gdzieś ją namierzyć. Gratuluję też znalezienia się w doborowej stawce "Ratowników". Pozdrawiam serdecznie.

bu3las @ 94.254.250.*

wysłany: 2017-10-16 01:51

Temat jest naturalnie ogólny i nie do wyczerpania. Dlatego tylko przytoczę podstawową, jak uważam, myśl, którą już tu gdzieś wyraziłem w odpowiedzi na lament, że oto zniknęła Miedzianka, zniknęły, czyli poszły w ruinę jakieś pałace, budowle.

Cóż, tak się dzieje. Chcemy nowych dróg, nowych budowli komunikacyjnych, przeciwpowodziowych, innych i stare musi znikać. To znikanie jest często losowe, czyli przypadkowe, tak jak to się dzieje obecnie z Dworem Czarne. Na małą skalę, jak na razie, ale następuje dewastacja, bo nie potrafimy - jako społeczeństwo - wypracować formuły jego użytkowania.

Bo przetransformowana z komunistycznej do wolnościowej administracja państwa nie radzi sobie w prostych sytuacjach. Przykładowo: ustanawianie zarządcy komisarycznego w fundacji trwa latami, a gdy przychodzi do reprezentacji przed sądem, okazuje się, że nie ma jednoznaczności kto jest reprezentantem. Przecież to skandal! Indolencja, lenistwo urzędników woła o pomstę. Rozstrzygnięto mozolnie, że macherzy w fundacji są przestępcami, ale na wniosek o pozbawienie ich owoców przestępstwa trzeba było czekać półtora roku.

Tymczasem zamek niszczeje i gdyby nie interwencje społecznika już byłby rozkradziony. Tak stary system, jak i nowy nie radzi sobie w tej sprawie. Na społecznikowskim entuzjazmie nie da się długo przecież jechać.

Chodzi mi o to, że to my, społeczeństwo pozwalamy, czyli tak decydujemy, by zabytki takie jak pałacyki, dworki podlegały losowej, probabilistycznej długości życia. Jedyne co można zrobić, to dobrze, w sposób trwały je udokumentować, by można je było odtworzyć wirtualnie.

Jacek Jakubiec @ 95.40.144.*

wysłany: 2017-10-17 09:17

Sorry, chyba się rozgadam, ale zostałem sprowokowany...
Smętna i zbyt pesymistyczna ta konkluzja bu3lasie. I nie mówię tego jako chroniczny optymista (przyznaję się do takiej przypadłości), tylko mając wiedzę o naprawdę dużej liczbie zabytków uratowanych od zagłady, zwłaszcza po dziejowym przełomie lat 80/90-tych.Przypadek Czarnego jest trochę inny, akcja jego ratowania to jedna ze społecznych inicjatyw czasu "sentymentalnej Panny S". Książka Huberta Klimko-Dobrzanieckiego dokumentuje tylko siedem wybranych przypadków i to jedynie z Dolnego Śląska. Zatem: nie musimy ograniczać się tylko do wirtualnego odtwarzania, bo te obiekty przetrwały i - daj Boże - przyszłość jest przed nimi. Ale oczywiście, jest i ciemna strona tego zjawiska. Wystarczy obserwować publikacje Hannibala Smoke, by widzieć skalę zła jakie się dokonało. Jest też prawdą, że w wielu miejscach niszczycielskie procesy trwają nadal.
Bu3las wskazuje na odpowiedzialność społeczeństwa za ten stan rzeczy. Poniekąd słusznie. Ale co ono, owa amorficzna zbiorowość, może? Otóż działając przez swoich reprezentantów coś jednak może. Mam na to dowód z życia. Gdy 13 lat temu prezydent Kusiak przedstawił Radzie Miejskiej wniosek o przekazanie własności Dworu Czarne Fundacji Kultury Ekologicznej, to uczestnicząc w sesji Rady mieliśmy poczucie prawdziwej satysfakcji, gdy najpierw wszystkie komisje Rady ten wniosek poparły, a potem uczynili to jednogłośnie - i chyba też jednomyślnie - wszyscy radni. Słyszeliśmy potem od złośliwców, że "Miasto pozbyło się problemu", ale nawet jeśli, to też wszystkiego nie tłumaczy. Mieliśmy tak przedtem jak i potem wiele kontaktów z radnymi i z magistrackimi "ludźmi ratusza", wyraźnie potwierdzających, że wysiłki jakie podejmujemy, są doceniane i że mamy w tym kręgu wielu życzliwych sojuszników. Sprawdzała się maksyma "verba volant, exempla trahunt".
Co z tej życzliwości - tak ratusza jak i społeczności jeleniogórzan - zostało? Ano nie tak mało. Wiem co mówię, ale to temat na inną okazję.
A to, że cały kontredans wokół spraw Dworu, prób unicestwienia Fundacji Kultury Ekologicznej czy ustanowienia dla FKE zarządcy przymusowego trwa bezsensownie już 5 lat, jest nie tyle efektem niezborności organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości, co wyjątkowego zamiłowania (i co trzeba przyznać - talentu) moich prześladowców do "grania na wokandach". To jest ich prawdziwa pasja i żywioł, a nie jakiś tam zabytek czy inne dobro publiczne. Jak długo jeszcze? Zobaczymy...
Ostatni wątek.
Mówi Pan bu3las (jak rozumiem o Dworze Czarne), że jako społeczeństwo nie potrafiliśmy wypracować formuły jego użytkowania. Nie jest to prawda. Jeśli wgłębi się Pan w książkę o której piszę, to trafi Pan na enigmatyczne hasło "stokrotka". Istnieje oryginalny model nadania temu wyjątkowemu miejscu ważnych funkcji, ładu, atrakcyjności i urody. A to tylko wycinek tego, o co tu w istocie chodzi. Wrócę jeszcze do tego tematu w odrębnym artykule i dopiero wtedy poproszę PT Komentatorów o opinie.

anonimous @ 78.10.246.*

wysłany: 2017-10-17 11:50

https://youtu.be/te6-tNqkLAk

Wpisz swoje imię, pseudonim:

Wpisz treść: